Niedawno pojawiło się w końcu porządne badanie dotyczące dzietności. Według sondażu IBRIS dla Onetu, poniżej główne powody, dla których nie Polacy nie chcą mieć dzieci wyglądają następująco:
👉 62% boi się, ze dziecko obniży jego poziom życia
👉 62% obawia się sytuacji na świecie (wojna, pandemia, kryzysy)
👉 57% nie lubi dzieci
Można stawać na głowie, rozdawać mieszkania, zapewniać szklarniowe warunki, a i tak tylko w niewielkim stopniu powiększyłoby to dzietność. Musimy się pogodzić z faktem, że wyginiemy jako naród.
Chciałbym Was dzisiaj zaprosić na bardzo nietypowy wątek, dlaczego w Polsce nie będzie więcej dzieci.
⬇️🧵Cała nitka poniżej, zapraszam!🧵⬇️
Dziękuję, że dotrwaliście do tego momentu tego szalenie trudnego wątku. Właśnie zostałem ekspertem od demografii.
• • •
Missing some Tweet in this thread? You can try to
force a refresh
POLSKA TO PRAWIE NAJLEPSZY KRAJ DO ŻYCIA NA ŚWIECIE
Za każdym razem, kiedy jestem na lotnisku Fryderyka Chopina w Warszawie i widzę napis „Poland. More Than You Expected” to mnie coś trafia. „Polska. Więcej niż oczekujesz”. „Polska. Więcej niż się spodziewasz”. Sprowadza nas to do roli kraju, gdzie po ulicach biegają renifery, rdzenni mieszkańcy mieszkają w ziemiankach, a w ogóle, to chcemy się przypodobać, bo: „Patrzcie, u nas nie jest tak źle!”.
No dobra, jakbym się musiał na siłę przyczepić, to naszym największym minusem jest pogoda. Gdyby wyrzucić okres od listopada do końca lutego, to naprawdę nie ma tylu podstaw do narzekania. Dzisiaj dla odmiany coś pozytywnego.
„7 powodów dlaczego Polska to prawie najlepszy kraj do życia na świecie”.
Jedziemy z całym tekstem poniżej.⬇️
BEZPIECZEŃSTWO
Młodsi mogą nie pamiętać, ale w Polce były dzielnice, jak to śpiewał Krzysztof Grabowski w „Piła Tango”, że:
„Karawan z Holandii on przyjechał tutaj wreszcie
Są już Kula Czarny Dusioł słychać strzały na mieście
Znam jednak takie miejsca gdzie jest lepiej chodzić z nożem”
Naprawdę w niektórych dzielnicach Poznania, Warszawy czy Krakowa lepiej było się nie pokazywać po zmroku, bo było to gwarancją spotkania chłopaków w szelestach pytającymi wdzięcznie o twoje samopoczucie: „Czy masz jakiś problem?”. Często jego rozwiązaniem było zabranie ci portfela, abyś nie musiał bez sensu go dźwigać w kieszeni. Dziś prawie tego nie ma.
Na tle innych krajów Unii Europejskiej naprawdę wypadamy bardzo dobrze. Polska jest w ścisłej czołówce jeżeli chodzi o małą liczbę przestępstw. Jeden z najniższych współczynników zabójstw w Unii Europejskiej. W rankingu: „Crime Index by Country 2026” mamy 122 pozycję na 150 badanych krajów świata. Do tego mamy praktycznie najniższy współczynnik przestępstw seksualnych w całej Europie. Do niedawna nie było u nas w historii najnowszej ani jednego zamachu terrorystycznego.
INFRASTRUKTURA DROGOWA
Jakby ktoś powiedział 20 lat temu, że obecnie ktoś może powiedzieć „uwielbiam polskie drogi”, to by się pięć razy zastanowił nad tym stwierdzeniem. Naprawdę nie mamy się czego wstydzić. Mamy drogi ekspresowe i autostrady na najwyższym poziomie. Oświetlone zjazdy, mało kolizyjne serpentyny. Owszem, są takie fragmenty jak A1 pod Katowicami, gdzie mamy do czynienia z karbowaną autostradą i nie raz bym tam stracił koło, ale ogólnie – naprawdę jest pod tym względem super.
Oczywiście są także czarne dziury, gdzie brakuje dróg ekspresowych (np. Bielsko-Biała – Kraków), czy cała droga nr. 10 ze Szczecina do Warszawy, ale jazda polską drogą ekspresową to przyjemność. Prawie zawsze czyste toalety, dobrze wyposażone MOP, na większych stacjach Orlenu dobra oferta gastronomiczna z obiadami. Jeszcze potrzeba kilka lat, gdy zostanie dokończona reszta dróg, to będzie idealnie.
Dla narzekaczy na polskie drogi polecam wybrać się do Rumunii i zobaczyć, w jakim czasie jedzie się 300 km. Moja ulubiona trasa to Satu Mare – Suczawa, prawie 7 godzin jazdy, 380 km. Trochę tak, jak kiedyś jeździło się krajową „siódemką” nad morze w Polsce 20 lat temu – to była katastrofa. Teraz dwa razy mniej.
Nawet nasze drogi wojewódzkie są zazwyczaj w dobrym stanie. Nie znajdziesz tam wielu „dziur niespodzianek” bez łaty, gdzie masz wahacz z automatu do zrobienia. Polskie drogi nie odstają od zachodu, mało tego. Uważam, że w wielu przypadkach są dużo lepszej jakości niż te Zachodnie. Zwłaszcza, jeżeli chodzi o oznaczenia i zjazdy.
Jednak co w tym wszystkim jest najważniejsze, to Polska rzeczywiście wyróżnia się w Unii Europejskiej pod względem bardzo szybkiego udrażniania dróg po kolizjach i wypadkach – zwłaszcza na autostradach i drogach ekspresowych. Średni czas w Polsce to 30-60 minut, w Niemczech trwa to trzy-cztery razy tyle. Najgorzej pod tym względem chyba jest we Włoszech. Tam drobna kolizja na autostradzie to kilka godzin wyjętych z życia na czekaniu w sprawie udrożnienia drogi.
Przez Polskę przetacza się armagedon demograficzny. Eksperci zachodzą w głowę od pomysłów na poprawę dzietności. Więcej żłobków! Więcej Przedszkoli! Więcej mieszkań! Więcej wszystkiego! Dziś chciałbym wrócić do was z jedną z waszych ulubionych serii.
Zacznę klasycznie od statystyki pokazującej obraz sytuacji. Obecnie w Warszawie jest ponad 2000 nieobsadzonych miejsc w przedszkolach publicznych. Jeszcze kilkanaście lat temu dla miejsca dziecka w przedszkolu ludzie żyli w konkubinacie, aby tylko wykazać samotną matkę i zdobyć miejsce w przedszkolu. W 2017 roku w Warszawie urodziło się niemal 19,5 tys. dzieci. W 2024 roku było to już tylko niespełna 12 tys. Placówki oświatowe tną miejsca i grupy, bo nie ma dzieci.
Dlatego w tej niezwykle skomplikowanej i bardzo rzeczowej analizie zastanowimy się: „Dlaczego w Polsce nie będzie rodzić się więcej dzieci?". Badacz wzniósł się na wyżyny zdolności analitycznych, doceńmy jego pracę.
POLACY DO KLEPANIA PALET, A NIE ROBIENIA TECHNOLOGII
W ubiegłym tygodniu odbyła się debata Mateusza Morawieckiego ze Sławomirem Mentzenem, w której padło stwierdzenie, które chyba przejdzie na stałe w ramach śmieszków do debaty publicznej: „Nie ma sensu próbować być na siłę innowacyjnym, bo podejmowanie innowacji to jest ryzyko. Na tym się zwykle traci pieniądze”.
Przez kilka dni po tym robiono sobie żarty w Internecie, że przejście na trójpolówkę w rolnictwie w czasach średniowiecza byłoby już zbyt dużą innowacją dla księgowego z Torunia. Problem jest taki, że on częściowo ma rację. Nie tyle, co w odniesieniu do trójpolówki, a co do motywacji kierującej firmami do innowacji.
Kiedyś jeden z moich kolegów stwierdził, że: „W Polsce nie ma co za bardzo kombinować, tworzyć niczego ambitnego. Trzeba być jak handlarz samochodami na giełdzie w Słomczynie w 2001 roku. Taniej kupić, drożej sprzedać”.
Kiedy w XIX wieku Ignacy Łukasiewicz miał szansę zostać polskim Rockefellerem, to na pewno słyszał od swojego środowiska: „Ignaś, a na co ci to przetwarzanie ropy. Maszą tą aptekę, pewny biznes na niepewne czasy, po co kombinować”.
Wyjdę z kontrowersyjną teorią, że od ponad 100 lat (prawie) nic się nie zmieniło. Robienie innowacji jest szalenie trudne, potrzeba do tego kontenerów kapitału, a i tak nie ma się żadnej pewności, że cokolwiek się zwróci. Poza tym mamy pewne ograniczenia wynikające trochę z naszej kultury.
Zapraszam na nieco dłuższy felieton, w którym to wytłumaczę. Całość poniżej! 👇
PRZYKŁAD BLIKA
Gdybyś przyjrzał się fundamentom innowacji w Polsce, które osiągnęły sukces, to da się znaleźć pewną prawidłowość. Wielokrotnie piszę się o BLIKu, jako naszej jednej z flagowych innowacji. Owszem, do niedawna część mieszkańców innych krajów nie rozumiała, że jak to tak w sekundę można komuś wysłać pieniądze na telefon, a my mamy to powszechne u nas – w Polsce.
Jednakże niewielu analityków sukcesu BLIK’a na naszym krajowym podwórku rozumie, dlaczego mógł on w ogóle powstać. Wyróżniłbym tutaj dwa fundamenty. Pierwszy, sam BLIK powstał z inicjatywy kilku banków, które są wręcz naszpikowane kapitałem.
Drugi, jego późniejsze wdrożenie i szeroko rozumiana sprzedaż. Kiedy jesteś bankami i tworzysz produkt, który sam możesz kupić i zaimplementować do własnych aplikacji, to nie bujasz się pięć lat z handlowcem, który dzwoni błagalnie sto razy w roku do dyrektorki zakupów w centrali banku, aby umówić spotkanie. W przypadku BLIK’a masz z góry załatwioną dystrybucję innowacji, to są bardzo komfortowe warunki działania.
ZNALEZIENIE FINANSOWANIA WE WCZESNYM ETAPIE
Nie ma u nas kultury inwestowania w startupy technologiczne. W zasadzie ten wątek prawie nie istnieje. Jednak jeżeli już występuje, to ich finansowanie ogranicza się do pierwszej fazy, tzw. „seed”. Zebranie wtedy przez grupę entuzjastów na jakąś innowację 3 czy 4 mln złotych czasem się zdarza, ale to są drobniaki w skali tworzeniu innowacyjnych firm. Trudno zbudować w ten sposób coś długoterminowo, bo po prostu trzeba z czegoś żyć.
Amazon był nierentowny przez prawie 10 lat od założenia w 1994 r., notując zyski dopiero po 2003 roku. Tesla przez wiele lat generowała straty; dopiero w 2020 roku spółka osiągnęła roczny zysk netto, po niemal dwóch dekadach działalności. Spotify przez lata pozostawał na minusie, a jego model subskrypcyjny wymagał ciągłego finansowania od inwestorów, zanim firma zaczęła zbliżać się do rentowności.
Przejrzyjcie sobie sprawozdania finansowe polskich firm technologicznych, które mają mniej niż 5 lat. Prawie zawsze będzie tam strata, i to nie dlatego, że prezes „wrzuca w koszty” karmę dla psa broniącego biura, tylko naprawdę szalenie trudno przy technologii wyjść na plus w pierwszych pięciu latach działalności. To nie jest buda z kebabem do cholery, taniej kupić, drożej sprzedać.
Unia Europejska coraz bardziej przypomina Związek Radziecki z lat osiemdziesiątych. Duży, ponury kolos, który nie jest zdolny do sprawnego zarządzania państwem, a do tego popełniający zauważalne błędy gospodarcze. W chwili obecnej w Unii Europejskiej zarejestrowanych jest ok. 50 tysięcy (!) lobbystów. Błogosławieni Ci z wiarą, że funkcjonują oni tam sobie dla naszego dobra.
W zasadzie każde następne oddanie części suwerenności przez państwa członkowskie prowadzi do coraz to nowych afer wewnątrz wspólnoty. Jeżeli Katar mógł sobie kupić wygodne dla siebie prawo w Unii Europejskiej, to trzeba być człowiekiem pełnym nadziei, że w innych przypadkach tak nie będzie. Naprawdę, przyjrzyjcie sobie listę afer we wspólnocie, dziwnym trafem rośnie ona wraz ze wzrostem jej kompetencji, serio.
Jeszcze ciekawsi są ludzie, którzy myślą, że rozszerzenie Unii Europejskiej o Polskę, to było z takiej dziejowej troski o dobro naszego narodu. Przecież historycznie jako mesjasze Europy zrobiliśmy tyle dobrego, i tyle razy nas zrobiono bez mydła, że coś nam się należy.
Błąd, byliśmy potrzebni w układance biznesowej. Daliśmy prawie 40 milionowy rynek zbytu, tanie ręce do roboty na Zachód, a do tego stworzyliśmy wzorowy system gospodarczy wręcz skrojony dla kapitału zagranicznego. Trudno było znaleźć od ręki lepszy kraj z (wtedy) stosunkowo młodym społeczeństwem, którego nie trzeba było uczyć podstawowej organizacji pracy i działania w ramach konkretnych schematów.
Staliśmy się wzorcową kolonią gospodarczą, prymusem w wierno-poddańczym systemie z pogranicza feudalizmu. W dzisiejszym felietonie jedziemy naprawdę ostro, bez owijania w bawełnę i wymuszonej grzeczności.
Zapraszam na tekst, którego raczej nie powinienem publikować. Całość poniżej ⬇️
"PRZYJACIELE" ZE WSPÓLNOTY
Zaczniemy od ciekawostki, żeby dobrze zrozumieć, o co mi chodzi. W latach dziewięćdziesiątych, a także wcześniej - Niemcy miały ogromny problem z przewartościowaniem swojej waluty. Niemiecka marka w pewnym momencie miała udział nawet w jednej piątej światowych rezerw walutowych. Odwiecznym problemem Niemiec było utrzymanie opłacalności eksportu, a ich konkurenci w Europie na luzaku obniżali wartości swoich walut, aby być konkurencyjnymi względem Niemiec. Ktoś w końcu stwierdził, że tak być nie może i wymyślił sobie wspólną walutę - euro.
Kiedy utworzono wspólny obszar walutowy, to dziwnym trafem w Niemczech wydarzyły się dwie, bardzo ciekawe rzeczy. Po pierwsze, narastała presją polityczna na rozszerzenie Unii Europejskiej o kraje byłego bloku wschodniego. Po drugie, na początku XXI wieku w Niemczech bardzo uelastyczniono rynek pracy, tworząc system wręcz skrojony do masowego ściągania Polaków, Słowaków czy innych Czechów, znacząco obniżając koszty pracy dla niemieckich przedsiębiorstw.
W tym samym czasie kraje "Strefy Euro", które dały się wciągnąć w europejską walutę i straciły możliwość konkurowania kursem walut, więc istotnym czynnikiem poza automatyzacją czy energią, były koszty pracy. Niemcy pozbyły się upierdliwych Włochów, a do tego otworzyły się na masowy import Polaków na uelastycznionym rynku pracy, tworząc dobre warunki do realizacji planu hegemona światowej produkcji przemysłowej. Czy myślicie, że ktoś to zrobił przypadkiem, na przysłowiową "pałę" i bez przemyślenia?
W POSZUKIWANIU DOBREJ MONTOWNI
Kiedy w latach osiemdziesiątych przyjechał Amerykanin z Francuzem do Chin, to zakładam, że jednym z pierwszych słów Francuza było: "oh mon Dieu, to będzie świetne miejsce na produkcję". Nie dość, że centralnie sterowane społeczeństwo wytresowane po "Wielkim Skoku" Mao Zedonga z lat 1958-1962, to jeszcze z tradycją i kulturą pracy, sięgającą czasów dynastii przed naszą erą.
Nie musisz kogoś uczyć życia w organizacji, posiada ogromny szacunek do pracy i wstyd mu być powolnym. Wszystko to jeszcze za przysłowiową "miskę ryżu". Dziś ta miska ryżu zmieniła się diametralnie, ale nie chciałem o tym. Zasadniczym błędem było oddanie Chinom technologii, które kładły ogromny nacisk na badania i rozwój. Szybko się przejechali na tym niemieccy producenci paneli fotowoltaicznych, w zaledwie dekadę od wyniesienia produkcji do Chin, chińskie firmy zrobiły lepsze i tańsze panele, a do tego wytyczyły nowe standardy na dużych farmach fotowoltaicznych.
Wyobraź sobie teraz, że jesteś prezesem dużego koncernu. Zaczynasz zdawać sobie sprawę, że jednak ta produkcja w Chinach to nie jest taki dobry pomysł, do tego jest jeszcze daleko, towar musi pływać ogromnymi statkami, a Chińczyk jeden z drugim nie ma oporów, żeby robić konkurencyjny biznes. Zaczynasz myśleć o alternatywach i ją znajdujesz, jest pod ręką, zaraz za wschodnią granicą. Tak, to my.
DLACZEGO NIEKTÓRYM PRZEDSIĘBIORCOM OPŁACA SIĘ BYĆ LEWICOWYM?
W wyobraźni wielu ludzi przedsiębiorca musi wierzyć i kochać w wolny rynek. Przedstawia się go jako korwinistycznego marzyciela z imperium praróweczkowym albo jako krwiożerczego Janusza, który pogania batem swoich chłopów. W każdym razie trudno zwizualizować sobie właściciela firmy jako miłośnika lewicowej myśli gospodarczej.
Paradoksalnie im ma się większy biznes, tym lepiej, gdy jest więcej regulacji. Im ma się większą marżę i skalę, tym bardziej chciałoby się 4 dniowego tygodnia pracy. Im bardziej masz skorelowaną działalność z klientem indywidualnym, tym lepiej, aby zwiększać ilość zasiłków socjalnych. Im bliżej jesteś szczytu, tym bardziej chcesz funkcjonować w systemie dotacyjnym, bo potrafisz z tego korzystać.
W Polsce wzmożona polityka socjalna nie pomogła zniwelować różnić majątkowych. Programy społeczne wspierają bogatych, a nie biednych. Pięciu najbogatszych Szwedów ma tyle pieniędzy, co pięć milionów innych obywateli. W Belgii, jeden na ośmiu mieszkańców zmaga się z ubóstwem, rosną nierówności społeczne we Francji, i to wszystko w zamożnych krajach Europy Zachodniej z bogatą ofertą społeczną.
🧵⬇️Zapraszam na wątek, w którym opiszemy sobie, dlaczego niektórym firmom po prostu opłaca się być lewicowym. Zapraszam na całość poniżej!⬇️🧵
WIECEJ PIENIĘDZY U LUDZI TO WIĘKSZE ZYSKI
Na początku czerwca uruchomiono drugą edycję programu „Podlaski Bon Turystyczny”. W zaledwie dwie i pól minuty wszystkie zniknęły. Kwota nie była szalenie wysoka, bo można było dostać dofinansowanie na nocleg do 400 zł dla turysty, który planował zwiedzać Województwo Podlaskie. Myślisz, że ten rodzaj „rozdawnictwa” przeszkadza tamtejszym hotelarzom i właścicielom agroturystyki? Niekoniecznie, choć zapewne duża część z nich krytykowała inne programy społeczne.
Już jakiś czas temu słuchałem audycji w radiu, w której jakiś przedstawiciel organizacji zrzeszającej obiekty turystyczne sugerował, że wspaniale byłoby wrócić do „Bonu Turystycznego”, bo szalenie napędził on napływ turystów w regionie. Zaznaczam, mówimy tu o osobach, które w domyśle powinny kochać wolny rynek (mali przedsiębiorcy), a w ich interesie jednak byłby dotacje i ktoś chce ich wprowadzenia.
W kwietniu 2016 roku wprowadzono program „500+”. Program, który miał pomóc w dzietności, a pomógł w kreacji popytu. Prawda jest taka, że programy socjalne takie jak „500+” powinno się rozpatrywać w kategoriach popytowych, a nie demograficznych. Liczby? Proszę bardzo. Według raportu PARP, sektor MŚP odnotował poprawę sytuacji finansowej w porównaniu do 2013 roku. Wskaźnik rentowności obrotu brutto dla MŚP wzrósł do 6,6% w 2016 roku. Do tego za 2017 rok wystąpiła dalsza poprawa rentowności. Wskaźnik rentowności obrotu brutto dla MŚP wzrósł do 7,1%.
Szczególnie widoczne było to w branży motoryzacyjnej. Jeżeli komuś coś stukało w kole, to sobie jeździł, bo szkoda mu było pieniędzy. Kiedy otrzymał pieniądze, to zaczął coś wymieniać. Polecam przejrzeć wyniki firm związanych np. z handlem częściami samochodowymi po 2015 roku i do czego doprowadziło zwiększenie ilości pieniądza w obiegu. Jednakże pomimo „troski o obywatela” w Polsce od 2015 roku wzrosła liczba osób żyjących w skrajnym ubóstwie, mało tego, rosną też nierówności społeczne. No, ale jak to, przecież pomogliśmy najbiedniejszym? Jak to coś nie działa?
TWORZYĆ BARIERY REGULACYJNE
Problem jest taki, że na publiczną redystrybucję środków pośrednio może załapać się prawie każda firma. Dlatego próbuje się doprowadzić do sytuacji, w której zawęża się grono potencjalnych beneficjentów. Im większy ktoś ma biznes, tym bardziej zaczyna mu to przeszkadzać. Dla hotelarza upierdliwą konkurencją są drobni ciułacze, co mają mieszkanie lub dwa na wynajem krótkoterminowy. Podobnie dla autoryzowanych sieci naprawy samochodów problemem są wiejscy mechanicy (stąd np. są unijne pomysły na większą regulację tego rynku).
Zaczyna się regulować rynek i tworzyć bariery, aby na tej redystrybucji zarobił ten, co powinien. Najczęściej pod hasłami o bezpieczeństwie i odpowiedzialności. W praktyce, chodzi o to, żeby pozbyć się frajerów z rynku, którzy zgarniają jakąś część z tortu. Kiedy to już jest niewystarczające, to wprost zakazuje się konkretnych rozwiązań lub wymaga dodatkowych zezwoleń lub licencji. Spróbuj np. teraz wejść w biznes związany z odpadami – powodzenia. Kto zrobił to 20 lat temu, to obecnie ma elegancką, rynkową betonozę.
Im bardziej kurczy się dużym firmom przestrzeń do wzrostu, tym mniej się chce zostawić przestrzeni dla nowych przedsiębiorstw. Wszystko to w atmosferze „odpowiedzialności społecznej”.
Polska przegoniła Japonię, takie nagłówki można było spotkać niedawno w mediach. Złośliwi zaczęli wtedy zadawać pytania. W takim razie gdzie jest nasza Honda, Toyota, Sony i Nintendo? No nie ma, a jedni twierdzą, że to przez podatki, a drudzy, że to przez Januszy.
Rzeczywistość wygląda trochę inaczej, a dwoma głównymi przyczynami jest to, że po pierwsze jest to pieruńsko drogie do zrobienia, a po drugie potrzeba na to ogromną ilość czasu. Na liście stu największych firm w Europie Środkowo-Wschodniej, w okolicy znajdują się jedynie dwie polskie firmy o polskim kapitale prywatnym. W zdecydowanej większości są to spółki skarbu państwa lub ewentualnie oddziały zachodnich koncernów, które są u nas zarejestrowane.
Zapraszam na dosyć przydługi wątek o tym, dlaczego Polska ma tak mało globalnych marek. Jestem Wam to trochę winny, ostatnio trochę pokpiłem sprawę i dawno nie widzieliśmy się z czymś dłuższym.
⤵🧵Zapraszam na cały tekst poniżej! 🧵⤵
NIEODNAWIALNY ZASÓB – CZAS
Wśród 10 największych i najbardziej znanych duńskich firm - najnowsza (Jysk) powstała w 1979 roku. Cała reszta to pierwsza połowa XX wieku, a niektóre mają nawet po ponad 150 lat. Choćby słynny Novo Nordisk, który wybił się w ostatnich latach ze swoim lekiem popularnym wśród osób o mojej wadze powstał w 1923 roku. Podobnie sprawa wygląda w Szwecji. Skanska (1887 r.), Ikea (1943 r.) Wszystko, co trochę nowsze (np. końcówka XX wieku), to w zasadzie konsolidacje firm z XIX wieku lub lat typu 1913 (Astra).
Jedziemy dalej, Niemcy. Daimler AG (Mercedes-Benz Group) – Założona w 1926 roku (po fuzji firm Daimler i Benz, założonych odpowiednio w 1883 i 1886 roku). Siemens (1847 r.), BASF (1865 r.), Bayer (1863 r.). W miarę młody jest SAP, młodzieniaszek – rok powstania – 1972.
Myślicie, że we Francji jest lepiej? Niewiele. Danone (1919 r.), Renault (1899 r.), Airbus jest młodym wilkiem, rok powstania? 1970. LVMH jest trochę wyjątkiem,1987 rok. Ogólnie większość dużych firm ma minimum ok. 60 lat. Niektóre typu AXA powstały w 1816 roku. Ponad dwieście lat temu.
W Wielkiej Brytanii mamy chociażby Barclays z 1690 roku (!). HSBC (1865 r.), Unilever (1929 r.), BP (1909 r.), Shell (1907 r.). Włochy? Proszę bardzo. Korzenie Intesa Sanpaolo sięgają 1563 roku. Generali (1831 r.), Stellantis (korzenie z 1899 r.), Pirelli (1872 r.). Większość dużych Włoskich firm powstało do około połowy XX wieku. Nieco lepiej jest w Hiszpanii, tam trzeba liczyć 50-80 lat.
Podobnie wygląda to w praktycznie całej Europie Zachodniej. W jaki sposób polska firma o tradycji rynkowej 36 lat ma konkurować z kimś, ko funkcjonuje 150 lat? Do osiągnięcia dużej marki w tradycyjnych sektorach gospodarki potrzeba szalenie dużo czasu. Pomyślcie sobie teraz, że ma to zrobić ktoś, kto jeszcze 1996 roku handlował używanymi Polonezami na giełdzie w Słomczynie.
PODWYKONASTWO, PODYKONASTWO, PODWYKONASTWO
Bardzo pozytywnym skutkiem napływu masy zagranicznego kapitału do Polski jest fakt, że dzięki temu mogło wykształcić się tysiące firm, które działały na zasadzie podwykonawstwa. Stworzono w zasadzie dla nich rynek, dzięki któremu mogły kumulować kapitał i nie martwić się wybitnie o sprzedaż, bo robiły jakieś elementy np. dla 2-3 dużych, zachodnich graczy.
Urządziliśmy się w tym modelu stosunkowo długo, bo po pierwsze dało się na nim dobrze zarobić, po drugie nie trzeba było przepalać milionów złotych na organizację marketingu i sprzedaży. Wiecie dlaczego tak trudne jest stworzenie własnej marki z odpowiednią marżą? Podam Wam przykład. Ceny za 30-sekundowy spot w prime time na popularnych kanałach w telewizji mogą wynosić od kilku tysięcy do ponad 100 000 zł, w zależności od programu i widowni. Wyobraź sobie, że budujesz jakiś brand, przepalaj teraz w piecu pół miliona dziennie. Dodaj do tego współprace z artystami, celebrytami i kim tam sobie jeszcze wymarzysz.
Kiedy ktoś budował sprzedaż na tym, że ma po prostu tanio, ale nie ma własnej dystrybucji, marki i kanału sprzedaży z pominięciem dużej sieci handlowej, to jest absolutnie w nieciekawej sytuacji, gdy ma na sobie presję kosztową, a działa na marży brutto w okolicy 3-8 proc. (powszechna przy podwykonawstwie w przetwórstwie).
Dlatego tak trudno jest wyjść z tego, bo potrzeba do tego wszystkie potężnego kapitału i przede wszystkim produktu, który każdy chce mieć w swojej sieci dystrybucji. Niektórzy myślą, że jakiś mały producent ciastek dzwoni sobie do dużej sieci handlowej na infolinię i mówi: „Dzień dobry, mam ciastka, kupcie je i wprowadźcie do swojej sprzedaży”. Po czym oddzwania dyrektor zakupów i mówi, jasne – kupujemy. Nie, to tak nie wygląda, kiedy jest się kimś takim, to piekielnie trudno coś mieć w masowej sprzedaży, nie mówiąc o tworzeniu brandu.
W związku z tym część obecnie dużych polskich firm zaczynała w tym modelu podwykonawstwa, zebrała kapitał i zaczęła tworzyć swoje marki, często w segmencie premium. Taka zabawa jest szalenie ryzykowna, ale nagle nie robi się za 3 proc. marży brutto, a 40 czy 50 proc. Wtedy ma się pieniądze na ekspansję, lepsze płacenie pracownikom (co za tym idzie nie ma się z nimi obecnie problemu), robienie cudów z ESG i podobnych rzeczy.