Niedawno pojawiło się w końcu porządne badanie dotyczące dzietności. Według sondażu IBRIS dla Onetu, poniżej główne powody, dla których nie Polacy nie chcą mieć dzieci wyglądają następująco:
👉 62% boi się, ze dziecko obniży jego poziom życia
👉 62% obawia się sytuacji na świecie (wojna, pandemia, kryzysy)
👉 57% nie lubi dzieci
Można stawać na głowie, rozdawać mieszkania, zapewniać szklarniowe warunki, a i tak tylko w niewielkim stopniu powiększyłoby to dzietność. Musimy się pogodzić z faktem, że wyginiemy jako naród.
Chciałbym Was dzisiaj zaprosić na bardzo nietypowy wątek, dlaczego w Polsce nie będzie więcej dzieci.
⬇️🧵Cała nitka poniżej, zapraszam!🧵⬇️
Dziękuję, że dotrwaliście do tego momentu tego szalenie trudnego wątku. Właśnie zostałem ekspertem od demografii.
• • •
Missing some Tweet in this thread? You can try to
force a refresh
Polska przegoniła Japonię, takie nagłówki można było spotkać niedawno w mediach. Złośliwi zaczęli wtedy zadawać pytania. W takim razie gdzie jest nasza Honda, Toyota, Sony i Nintendo? No nie ma, a jedni twierdzą, że to przez podatki, a drudzy, że to przez Januszy.
Rzeczywistość wygląda trochę inaczej, a dwoma głównymi przyczynami jest to, że po pierwsze jest to pieruńsko drogie do zrobienia, a po drugie potrzeba na to ogromną ilość czasu. Na liście stu największych firm w Europie Środkowo-Wschodniej, w okolicy znajdują się jedynie dwie polskie firmy o polskim kapitale prywatnym. W zdecydowanej większości są to spółki skarbu państwa lub ewentualnie oddziały zachodnich koncernów, które są u nas zarejestrowane.
Zapraszam na dosyć przydługi wątek o tym, dlaczego Polska ma tak mało globalnych marek. Jestem Wam to trochę winny, ostatnio trochę pokpiłem sprawę i dawno nie widzieliśmy się z czymś dłuższym.
⤵🧵Zapraszam na cały tekst poniżej! 🧵⤵
NIEODNAWIALNY ZASÓB – CZAS
Wśród 10 największych i najbardziej znanych duńskich firm - najnowsza (Jysk) powstała w 1979 roku. Cała reszta to pierwsza połowa XX wieku, a niektóre mają nawet po ponad 150 lat. Choćby słynny Novo Nordisk, który wybił się w ostatnich latach ze swoim lekiem popularnym wśród osób o mojej wadze powstał w 1923 roku. Podobnie sprawa wygląda w Szwecji. Skanska (1887 r.), Ikea (1943 r.) Wszystko, co trochę nowsze (np. końcówka XX wieku), to w zasadzie konsolidacje firm z XIX wieku lub lat typu 1913 (Astra).
Jedziemy dalej, Niemcy. Daimler AG (Mercedes-Benz Group) – Założona w 1926 roku (po fuzji firm Daimler i Benz, założonych odpowiednio w 1883 i 1886 roku). Siemens (1847 r.), BASF (1865 r.), Bayer (1863 r.). W miarę młody jest SAP, młodzieniaszek – rok powstania – 1972.
Myślicie, że we Francji jest lepiej? Niewiele. Danone (1919 r.), Renault (1899 r.), Airbus jest młodym wilkiem, rok powstania? 1970. LVMH jest trochę wyjątkiem,1987 rok. Ogólnie większość dużych firm ma minimum ok. 60 lat. Niektóre typu AXA powstały w 1816 roku. Ponad dwieście lat temu.
W Wielkiej Brytanii mamy chociażby Barclays z 1690 roku (!). HSBC (1865 r.), Unilever (1929 r.), BP (1909 r.), Shell (1907 r.). Włochy? Proszę bardzo. Korzenie Intesa Sanpaolo sięgają 1563 roku. Generali (1831 r.), Stellantis (korzenie z 1899 r.), Pirelli (1872 r.). Większość dużych Włoskich firm powstało do około połowy XX wieku. Nieco lepiej jest w Hiszpanii, tam trzeba liczyć 50-80 lat.
Podobnie wygląda to w praktycznie całej Europie Zachodniej. W jaki sposób polska firma o tradycji rynkowej 36 lat ma konkurować z kimś, ko funkcjonuje 150 lat? Do osiągnięcia dużej marki w tradycyjnych sektorach gospodarki potrzeba szalenie dużo czasu. Pomyślcie sobie teraz, że ma to zrobić ktoś, kto jeszcze 1996 roku handlował używanymi Polonezami na giełdzie w Słomczynie.
PODWYKONASTWO, PODYKONASTWO, PODWYKONASTWO
Bardzo pozytywnym skutkiem napływu masy zagranicznego kapitału do Polski jest fakt, że dzięki temu mogło wykształcić się tysiące firm, które działały na zasadzie podwykonawstwa. Stworzono w zasadzie dla nich rynek, dzięki któremu mogły kumulować kapitał i nie martwić się wybitnie o sprzedaż, bo robiły jakieś elementy np. dla 2-3 dużych, zachodnich graczy.
Urządziliśmy się w tym modelu stosunkowo długo, bo po pierwsze dało się na nim dobrze zarobić, po drugie nie trzeba było przepalać milionów złotych na organizację marketingu i sprzedaży. Wiecie dlaczego tak trudne jest stworzenie własnej marki z odpowiednią marżą? Podam Wam przykład. Ceny za 30-sekundowy spot w prime time na popularnych kanałach w telewizji mogą wynosić od kilku tysięcy do ponad 100 000 zł, w zależności od programu i widowni. Wyobraź sobie, że budujesz jakiś brand, przepalaj teraz w piecu pół miliona dziennie. Dodaj do tego współprace z artystami, celebrytami i kim tam sobie jeszcze wymarzysz.
Kiedy ktoś budował sprzedaż na tym, że ma po prostu tanio, ale nie ma własnej dystrybucji, marki i kanału sprzedaży z pominięciem dużej sieci handlowej, to jest absolutnie w nieciekawej sytuacji, gdy ma na sobie presję kosztową, a działa na marży brutto w okolicy 3-8 proc. (powszechna przy podwykonawstwie w przetwórstwie).
Dlatego tak trudno jest wyjść z tego, bo potrzeba do tego wszystkie potężnego kapitału i przede wszystkim produktu, który każdy chce mieć w swojej sieci dystrybucji. Niektórzy myślą, że jakiś mały producent ciastek dzwoni sobie do dużej sieci handlowej na infolinię i mówi: „Dzień dobry, mam ciastka, kupcie je i wprowadźcie do swojej sprzedaży”. Po czym oddzwania dyrektor zakupów i mówi, jasne – kupujemy. Nie, to tak nie wygląda, kiedy jest się kimś takim, to piekielnie trudno coś mieć w masowej sprzedaży, nie mówiąc o tworzeniu brandu.
W związku z tym część obecnie dużych polskich firm zaczynała w tym modelu podwykonawstwa, zebrała kapitał i zaczęła tworzyć swoje marki, często w segmencie premium. Taka zabawa jest szalenie ryzykowna, ale nagle nie robi się za 3 proc. marży brutto, a 40 czy 50 proc. Wtedy ma się pieniądze na ekspansję, lepsze płacenie pracownikom (co za tym idzie nie ma się z nimi obecnie problemu), robienie cudów z ESG i podobnych rzeczy.
CZY SYTY GŁODNEGO ZROZUMIE? CZYLI O DZIEDZICZENIU I „BIEDZIE”
Wraz z upływającym czasem będą w Polsce pogłębiać się różnice wynikające z dziedziczenia kapitału. Coraz więcej osób będzie rozumiało, jak coraz mniej będzie od nich zależało. Od ich pracowitości, zaangażowania, czy determinacji, a stan posiadania będzie determinować to, w jakiej rodzinie, kto się urodził.
Nierzadko mam wrażenie, że ludzie przyzwyczajeni do ciepłej wody w kranie stają się odrealnieni od rzeczywistości. Nie rozumieją Polaka wychowanego na blokowisku albo (co trudniejsze) na terenach po byłych Państwowych Gospodarstwach Rolnych, gdzie kiedyś szalało po 50 proc. bezrobocia. Mam także odczucie, że syty zaczyna coraz mniej rozumieć głodnego i ta nić nieporozumienia będzie jeszcze się pogłębiać.
Zapraszam na nitkę, w której porozmawiamy sobie o dziedziczeniu, różnicach z niego wynikających i pogłębiającego się podziału Polaków ze względów majątkowych. W ostatnim czasie coraz powszechniejszy w debacie publicznej staje się „podział klasowy” i nieporozumienia z tego wynikające.
⬇️Cały tekst poniżej! ⬇️
"NIE ZAPOMNIJ SKĄD TUTAJ PRZYBYŁEŚ, NIE ZAPOMNIJ, GDZIE SIĘ URODZIŁEŚ"
Jedną z barwniejszych postaci w ostatnim czasie był Pan doktor Marek Woch, który paradował z kluczem hydraulicznym i jawnie w przekazie medialnym mówił, że brodził w szambie. Dzisiaj jako nauk doktor nauk prawnych pamięta o swoim pochodzeniu i początkach. Zarazem obrazując losy wielu dzisiejszych 40-50 latków, którzy musieli radzić sobie w dużo w gorszych warunkach, niż teraz mają młodzi ludzie.
Nie ma co być dziadersem i mówić: "Panie, kiedyś to było". Jednakże Pan Marek pomimo słabego wyniku raczej zdobył sympatię społeczną. Jako facet, któremu się w miarę w życiu udało, wystartował w wyborach na prezydenta, a kilkanaście lat temu jeszcze był robotnikiem babrającym się w szambie. Jawi się on w przekazie dla normalnego człowieka, jako normalny gość, który nie jest bucem i pamięta skąd pochodzi.
Zapominamy niejako trochę o tym, czego doświadczyliśmy jako naród. Biorąc pod uwagę wyrzeczenia sprzed wielu lat. Bardzo widoczne jest to szczególnie w różnych utworach muzycznych z okresu transformacji ustrojowej i wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Szczególnie, gdy Polacy w poszukiwaniu lepszej przyszłości wyjeżdżali za chlebem do pracy. W tym przypadku przychodzi mi na myśl jeden dosyć znany utwór, którego fragment idealnie tutaj pasuje.
„Posłuchaj synu tato ci opowie
Jak na Jackowie stawiał pierwsze kroki
[…]Oto Ameryka droga otwarta
Gazeta w łapie na pracę polowanie
Wynajęte tanie byle jakie mieszkanie
[…] Telefony do domu godziny przegadane
Listy i zdjęcia oczy zapłakane trudne pytania
Ciągle te same jak mi tu jest wrócę czy zostanę
Nie zapomnij skąd tutaj przybyłem
Nie zapomnij gdzie się urodziłem
Bo w pamięci jest siła zaklęta
Więc pamiętaj synu mój.”
HISTORIA KOŁEM SIĘ TOCZY
Biorąc pod uwagę jak wielu Polaków ma podobną historię w swojej rodzinie, a także pamięta masę wyrzeczeń i powszechną biedę, to nie ma co się dziwić, że dosyć z dużym dystansem patrzy się na osoby z tak zwanych "dobrych rodzin". Stworzonych do najlepszych zawodów, zaprogramowanych od dziecka do realizacji "większych" celów.
Biorąc pod uwagę jak wielu Polaków ma smutną historię za sobą, raczej średnio patrzą na tych lepiej sytuowanych. Natomiast z drugiej strony mamy patrzenie tych "lepszych" na tych gorszych, którzy próbują ich zrozumieć. Oczywiście, wielu z nich potrafi, ale wielu niestety nie.
Problem rozumowania świata na tej płaszczyźnie polega na tym, że duża część osób z tych biedniejszych rodzin miała wpajaną przez lata pewnego rodzaju "biedę mentalną". Strasznie nie lubię tego określenia, bo jest ono mocno stygmatyzujące i najmocniej za nie przepraszam, ale kreuje ono rzeczywistość w duchu: „a na co ci to”, „a po co ci to”. Wyjście z takiego programu w głowie jest szalenie trudne i wymaga wiele pracy nad sobą. Potem przekłada się to na następne pokolenie, obniżoną pewność siebie itp.
SKĄD I DLACZEGO BIERZE SIĘ "DZIADOSTWO" W NIEKTÓRYCH MIKRO I MAŁYCH FIRMACH
Kiedyś wpadł mi w ręce absolutnie genialny artykuł, który opisywał historię punktów gastronomicznych na polskim „Route 66”, czyli trasie z Katowic nad Bałtyk, kiedy jeszcze nie było autostrady, a sama wyprawa była ogromnym wydarzeniem.
Felieton poruszał kwestię restauracji i barów, które znajdowały się przy starej drodze głównej i święciły niegdyś triumfy. Właściciele prawdopodobnie z łezką w oku wspominają pełne parkingi, zamówienia, których nie da się obrobić i związane z tym w pewnym momencie dobre pieniądze.
Dzisiaj większości z tych barów nie ma, ostało się trochę, gdzie zazwyczaj hula wiatr (nie wszystkie, kultowe nadal są pełne!). Stały się one trochę niejako symbolem pewnej przemijającej epoki. Stanowią też bardzo dobry punkt wyjściowy do dzisiejszego felietonu. Kiedyś jeden z redaktorów w rozmowie ze mną na wizji stwierdził, że część mikro i małych przedsiębiorstw w Polsce można rozpatrywać w kategoriach dziadostwa. Niewielu jednak zagłębia się w przyczynach tego stanu rzeczy.
Przykład zapomnianych barów przy starej drodze jest wręcz książkowym pokazanie przemijającego czasu. Kto miał trochę szczęścia (lub czego innego), to udało mu się pozostać w dobrym punkcie przy zjeździe z autostrady, inny zamknął biznes na cztery spusty, inny próbuje walczyć zmieniając profil działalności na np. salę weselną.
Chciałbym Was dzisiaj zaprosić na nieco dłuższy tekst, który tłumaczy skąd może brać się „dziadostwo” w niektórych małych firmach. Począwszy na warunkach pracy, kończywszy na pobożnej modlitwie właściciela, aby dotrwać do emerytury.
⬇️Cały tekst poniżej! ⬇️
NIEODNAWIALNY ZASÓB – CZAS
Zapewne kojarzycie przydrożne bary przy byłych drogach głównych, które były kiedyś pełne. Klimatu dopełniają wyblakłe czerwone parasole Coca-Cola, kiedy się tam wchodzi, to zazwyczaj zamówienie przyjmuje już starsza babka z lekkim wąsem pod nosem z miną „Pan tu nie stał”.
Lubię się czasami zatrzymać w takich miejscach, da się w nich odnaleźć hamburgery z prażoną cebulą, masą sałaty, gotowym mięsem do odgrzania w mikrofalówce i sosem z wielkiej tuby. Zupełnie tak, jak jeszcze dwadzieścia lat temu na każdym dworcu w Polsce. Smak dzieciństwa, lekka nostalgia.
Jednakże widać, że czas się tam zatrzymał. Nikt już nie chce robić remontu, nie podejmuje walki, nie chce nic zmieniać, bo nie ma to sensu. Zupełnie tak, jak w tych zapomnianych ośrodkach wypoczynkowych na Mazurach, gdzie toaleta w domku jest luksusem, a wykąpać się można w prysznicu na monety, który stanowi próbę ratowania dochodu i tego co zostało, gdy trzeba płacić dychę za 45 sekund dostępu do wody. Łózka pamiętają jeszcze „Lato z Radiem 1978 r.” i przypomina Ci o tym wbijająca w plecy sprężyna, którą czuje się cały następny dzień i dwa kolejne.
Jednocześnie nad tymi samymi akwenami wodnymi można wynajmować całe domy w lekko podwyższonym standardzie za wielokrotność ceny tego domku ze wspólnym prysznicem na monety. Ktoś dołożył starań, dorzucił jeszcze dużą banię opalaną drewnem i saunę w ogrodzie, nagle cena domku nie wynosi 200 zł, a prawie 1000 zł za dobę. Wykorzystasz drewno, płacisz za następne. Cena jest na tyle wysoka, że nie potrzeba wydzielać 45 sekund wody dziennie.
Ktoś się jednak zatrzymał, nie podążył za duchem czasu, przespał swój dobry moment, w którym mógł inwestować. Niejako to rozumiem, jeżeli ktoś przez całe życie nic nie ma, to też coś chce mieć z tego życia, a nie ciągle pracować – przepuścił, teraz ma gorzej – życie.
Takich przemijających i dogorywających działalności gospodarczych są dziesiątki tysięcy w Polsce. Ktoś jest już starszy, nie ma na to pomysłu, nie chce mu się. Paradoksalnie zamiast tworzyć coś „od zera”, to teraz jest dobry moment, aby próbować to przejmować i reaktywować, co straciło swój blask.
Nie mówię tu o gastronomii i hotelarstwie, ale naprawdę wiele malutkich firm jest w takiej sytuacji, gdzie świeże spojrzenie dałoby nowe życie, no chyba, że ktoś jest wypożyczalnią filmów w 2025 roku lub zgorzkniałym zgredem, co wszystko wie najlepiej. Wtedy się nie da.
PRZEMIANY, PRZEMIANY, PRZEMIANY…
Przemijający czas jest oczywistym elementem przemian. Niegdyś była przestrzeń, aby z handlu butami na bazarze zrobić poważną spółkę giełdową. Dziś rynek jest na tyle nasycony, że romantyczne historię od bazaru do głównego parkietu są nierealne. Nie da się tego zrobić na podstawie drobnej działalności handlowej, bo nigdy nie zbierze się kapitału. Zasadniczo przeminęła już szansa na zarobienie lepszych pieniędzy w ten sposób. Po prostu, kto miał urosnąć – to urósł – kto został w miejscu, ten będzie się tylko cofać.
Zwłaszcza biorąc pod uwagę inwazję chińskich platform handlowych. W lipcu 2024 roku chińskie Temu osiągnęło zasięg 51,15 proc. polskich użytkowników sieci, co przekłada się na ponad 15 mln osób. Czego byś nie zrobił, to nie masz szans w starciu z kimś takim. Zaszły takie zmiany, że trzyosobowym punktem handlowym w centrum miasta wojewódzkiego można się modlić o średnią krajową dla właściciela takiego lokalu, a gdyby przeliczył swój czas na pieniądze, to lepiej by mu wyszło jeździć wózkiem widłowym po magazynie w Strykowie.
Dogorywanie takiego miejsca zazwyczaj przebiega tak samo. Najpierw się zwalnia pierwsze osoby, by mieć jakąkolwiek rentowność, potem kończy się samemu (lub z rodziną) i dogorywa do emerytury pracując po 12 godzin dziennie, będąc zakładnikiem swojego przedsiębiorstwa.
Połowa kwietnia, za oknem słychać krzyki i wrzaski. Zupełnie tak, jakby wracała grupa kibiców po meczu. Jednak coś nie gra, nie śpiewają przyśpiewek klubowych, nie było też dziś żadnego meczu. Zaciekawiony wstałem z kanapy i zacząłem szukać źródła dziwnych dźwięków. Odsłaniam firankę i szukam potencjalnego hałasu z podwórka, a to bawiący się nastolatkowie, którzy grali w siatkówkę. Zapomniałem, że w społeczeństwie są dzieci, a do tego jeszcze te przebywające na podwórku.
Zaczynasz się łapać na tym, że odzwyczaiłeś się od widoku dzieciaków. Twoja głowa przestaje pojmować to, że funkcjonują rodziny z dziećmi. Na wakacje latasz poza sezonem, swoich pociech jeszcze nie masz, a jedynie sprawdzasz w kalendarzu terminy ferii zimowych, aby nie wkopać się w kolejki na stoku narciarskim w Tatrach.
Zgodnie z narodową tradycją działkową w maju na działce rozpalasz grilla. Znowu słyszysz dziwne dźwięki, wyglądasz nieśmiało zza grilla, patrzę w lewo, patrzę w prawo - nic nie ma. Nie wiadomo, co tak hałasuje. W końcu słychać tego coraz więcej i bardziej intensywnie, wybieram się na rekonesans. Nie było nic widać, bo to bawiące się na wsi dzieciaki, zupełnie tak jak kiedyś, gdy nie było jeszcze rozpowszechnionego Internetu. Twoja głowa podświadomie odrzuca istnienie dzieci, nie jest przyzwyczajona do tego, że one istnieją.
Rzadko się uzewnętrzniam w kwestiach prywatnych, ale tym przydługim wstępem chciałbym was wszystkich zaprosić do dłuższego tekstu, który podaje powody, dla których ktoś może nie chcieć mieć dzieci z mojego pokolenia. Uważam, że straciliśmy co najmniej jedno pokolenie, któremu wpojono podczas edukacji szkolnej podświadomie strach przed posiadaniem rodziny.
🧵⬇Zapraszam do całego tekstu poniżej. ⬇🧵
DZIECI JAKO UCIĄŻLIWOŚĆ
Nie lubię latać samolotem w okresie wakacyjnym. Wtedy na cały samolot zawsze znajdzie się kilku małych rzezimieszków, którzy uprzykrzą każdą podróż. Wchodzi para z dzieckiem na rękach, łudzisz się, że nie zacznie płakać, a co gorsza nie będzie to koło ciebie. Dziś masz szczęście, za tobą jest tylko jeden, całkiem spory gagatek, który będzie gwarancją spokoju i możliwością spędzenia czasu w samolocie z głową na poduszce.
Nic bardziej mylnego, mały zawadiaka uwielbia kopać w siedzenie, sprawia mu to ogromną radość. Jesteś zmęczony, bo wcześniej dowaliłeś 14 godzin w pracy na pełnych obrotach, marzysz o chwili drzemki. Nie da się, bo młody myśli, że jest na Santiago Bernabeu, a twój fotel to decydujący rzut karny w finale Ligi Mistrzów.
Kiedyś nawet byś zwórcił uwagę rodzicowi, jednak po kilku próbach z przeszłości się poddajesz, bo „dziecko musi się wyszaleć”. No i tak lecisz w atmosferze łupułupu, rodzice mają to gdzieś i z przerażeniem patrzysz na zegarek – jeszcze 5.5 godziny tego koszmaru. Dziecku można wszystko, bo przecież to dziecko, a przynajmniej takie podejście ma część rodziców.
Przemawia przez ciebie skrajny egoizm, bo ty chcesz się wyspać. Chcesz dolecieć w spokoju na miejsce, ale odpuszczasz walkę z samolotowym Cristiano Ronaldo, bo wiesz, że za kilka godzin usiądziesz na ładnej plaży. Przynajmniej takie podejście miałem jeszcze jakiś czas temu, które zaczęło się zmieniać i rozumiesz jak wiele motywacji i celu życia może dostarczyć nowa osoba na planecie.
STRACONE POKOLENIE NIEDOSZŁYCH RODZICÓW
Pamiętam z czasów szkoły średniej ogromną presję ze strony nauczycieli na „pójście na studia i robienie kariery”. Nic innego nie było ważniejsze, tylko podążanie za potencjalnym sukcesem zawodowym. Stawiając studia jako wyznacznik spełnienia człowieka, a cała reszta była kompletnie nieistotna.
Mało tego, traktując przy okazji chęć posiadania rodziny jako przejaw kompletnego braku ambicji i życiowego partactwa oraz nieudacznictwa. Podtrzymując wśród młodzieży określony schemat działania. Możliwie jak najlepszy wynik z matury, pójście na studia, a po nich znalezienie dobrej pracy. Nie wiem jak jest teraz, ale wtedy w odczuciu rówieśników, jeżeli ktoś chciał zakładać rodzinę zaraz po szkole średniej, to był patologią, której nic się nie chce, tylko rozmnażać.
Przez lata tłoczono do nastolatków poczucie strachu przed nastoletnią ciążą. Owszem, szesnastolatka w ciąży to raczej średnia perspektywa, ale to przesadne straszenie dziećmi powodowało, że do tej pory po internecie chodzą memy pokroju: „Mam 30 lat, a nadal boję się nastoletniej ciąży”. Nie było wzorca posiada rodziny, tylko tego podążania za „karierą”. Następie ta „kariera” często kończy się ładnie brzmiącym anglojęzycznym stanowiskiem na 23 piętrze przeszklonego biurowca za 6000 zł netto miesięcznie. Niekiedy z takim zakresem obowiązków, że jakby ktoś zniknął z pracy, to by się nic nie stało.
Kiedy jeden z moich kolegów okazało się, że zostanie ojcem w wieku 21 lat, to autentycznie większość mu współczuła. Dominowało podejście „zmarnowanego życia”, co on najlepszego narobił, stracił młodość na rzecz siedzenia w pieluchach i bawienia się z bąbelkiem. W tym czasie jako jeszcze młodzi studenci mieliśmy inne priorytety, takie jak co weekendowe objazdówki po klubach oraz domówki w akademikach.
Dziś, z perspektywy czasu mu zazdroszczę. Kiedy on będzie mieć za kilka lat dorosłe dziecko, ja będę musiał zmieniać pampersy. Chęć posiadania młodo dziecka była odbierana jako coś skrajnie głupiego i nieodpowiedzialnego, takie poczucie wyhodowaliśmy w ówczesnej młodzieży z mojego pokolenia w dużych miastach.
💶TRASNFORMACJA ENERGETYCZNA: CHODZI O PIENIĄDZE A NIE EKOLOGIĘ 💶
Nie ma prawdopodobnie w Europie żadnego innego programu, którego rzeczywisty cel może być inny od tego, o którym się mówi. Zadałem sobie naprawdę wiele trudu, przejrzałem masę publikacji naukowych, danych, książek, statystyk, wypowiedzi najważniejszych polityków, a także ułożyłem wydarzenia chronologicznie w czasie.
Myślałem, że jestem zbyt przewrażliwiony i przecież nie można w taki sposób przepychać programów gospodarczych tłumacząc to ekologią. Myliłem się, im bardziej wgłębisz się w historię transformacji energetycznej w Europie od lat 70-tych, tym bardziej usiądziesz z niedowierzaniem i powiesz: „Przecież to niemożliwe!”.
Proces, tak jak i założenia transformacji energetycznej ewoluowały wraz z sytuacją geopolityczną. Najpierw była to potrzeba niezależności, potem ekspansji gospodarczej, by na koniec stworzyć desperacką próbę kreacji propopytowego programu gospodarczego, który wywrócił się o własne nogi. Nie znalazłem żadnej polskojęzycznej publikacji naukowej, która określałaby transformację energetyczną w Europie jako ewoluujący eksportowo-propopytowy program gospodarczy, a nie ten „ekologiczny”.
Nie chcę wchodzić za bardzo w zagadnienie czy zmiany klimatu są winą człowieka czy wynikają z naturalnego procesu życia Ziemi, a także w jakim stopniu dwutlenek węgla ma wpływ na zmianę klimatu. Nie mam ku temu kompetencji i wiedzy. Chcę się skupić na czymś kompletnie pomijanym. Na gospodarczych przyczynach powstania walki o powstrzymanie zmian klimatycznych, bo w tym przypadku jest naprawdę ciekawie.
Zapraszam na szaloną nitkę, która jest efektem ogromnego nakładu pracy. Poniższy tekst stanowi najbardziej skondensowaną historię transformacji energetycznej w ujęciu gospodarczym. Obnażymy w nim znaczenie gospodarcze transformacji ekologicznej w Unii Europejskiej, a nie to ekologiczne.
🧵⬇ Zapraszam, cały tekst poniżej!⬇🧵
TRANSFORMACJA ENERGETYCZNA NIE JEST NOWOŚCIĄ
Transformacja energetyczna w Europie zaczęła się tak naprawdę po 1973 roku, kiedy szalał światowy kryzys naftowy. Światowy kryzys naftowy z 1973 roku uwidocznił, jak bardzo Europa i inne kraje rozwinięte są uzależnione od importu ropy naftowej. W wyniku embargo państw OPEC ceny energii gwałtownie wzrosły, przez co prawie najważniejszą kwestią w tamtym okresie było bezpieczeństwo energetyczne i konieczność poszukiwania nowych źródeł energii.
Nie troska o planetę, a droga ropa naftowa rozpoczęła proces transformacji energetycznej w Europie. Najważniejsi europejscy politycy poruszali ten temat intensywniej właśnie od szoku naftowego. W Szwecji właśnie w latach 70-tych, rozpoczęto proces odchodzenia od oleju opałowego i węgla na rzecz biomasy, co było bezpośrednią reakcją na gwałtowny wzrost cen ropy i gazu. W Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej zaczęły pojawiać się pierwsze koncepcje wspólnej i ponadpaństwowej transformacji energetycznej.
Przyjęto też pierwszy w historii Europy program walki z zanieczyszczeniem środowiska. Oczywiście już wtedy, gdy nie zgadniecie… panował światowy kryzys paliwowy. Wcześniej owszem, były wzmianki naukowców o roli człowieka w zmianach klimatycznych, ale niewielu decydentów się tym przejmowało.
W latach 70-tych główny nacisk kładziono na walkę z zanieczyszczeniem, ochronę przyrody i efektywność energetyczną, a nie bezpośrednio na problem zmian klimatu, który zaczął być szerzej rozpoznawany i politycznie adresowany dopiero w kolejnych dekadach. Chodzi o sam początek procesu transformacji energetycznej, o którym w zasadzie każdy już zapomniał.
ZMIANY KLIMATU A ŚWIAT NAUKI OD SZOKU PALIWOWEGO DO LAT 80-TYCH
Zaraz po zmianie nastawienia wywołanej głównie szokiem paliwowym zaczęło pojawiać się coraz więcej publikacji w zakresie zmian klimatu. Przykładowo, w 1975 roku magazyn Newsweek opublikował artykuł „The Cooling World”, w którym ostrzegano przed niepokojącymi znakami, że wzorce pogodowe Ziemi zaczęły się zmieniać. Straszono w nim możliwością gwałtownego ochłodzenia i powrotu lodowców.
To właśnie w latach 70-tych powstały pierwsze poważne analizy dotyczące wpływu działalności człowieka na klimat, a naukowcy coraz częściej łączyli tematykę energetyczną z klimatyczną. Jednym z pierwszych, który łączył dosyć głośno zmiany klimatu z działalnością człowieka był fizyk Michael MacCracken. W 1975 roku napisał on dosyć znany list, w którym zwracał uwagę, że polityka energetyczna oparta na spalaniu węgla i ropy prowadzi do wzrostu stężenia dwutlenku węgla i może mieć poważne konsekwencje klimatyczne.
Wtedy pojawiły się też pierwsze katastroficzne prognozy dotyczące przyszłości klimatycznej świata i większy aktywizm ekologiczny. Na Światowym Kongresie Energetycznym w 1974 roku debatowano o negatywnym wzroście gospodarczym, a niektóre środowiska przewidywały trwały (i mocno przesadzony) kryzys cywilizacyjny, co napędzało zainteresowanie tematem zmian klimatu.
Już w latach 70-tych większość klimatologów przewidywała, że wzrost stężenia dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych doprowadzi do wzrostu globalnej temperatury. Ówczesne modele prognozowały ocieplenie klimatu rzędu 0.2°C na dziesięć lat, co de facto się sprawdziło. Przed kryzysem paliwowym było trochę zainteresowania zmianą klimatu i działalnością człowieka, ale on wręcz wystrzelił w debacie publicznej w kryzysie paliwowym i to była główna przyczyna zainteresowania się planetą.
KIEDY I DLACZEGO NIE WARTO OTWIERAĆ NIEWIELKICH DZIAŁALNOŚCI GOSPODARCZYCH?
Naprawdę wiele ludzi sądzi, że od budki z lodami postawionej gdzieś przy głównym deptaku można zostać bardzo zamożnym człowiekiem. Twórca osiedlowego kebaba to jeździ na wakacje pięć razy w roku na Malediwy prywatnym odrzutowcem, w garażu ma trzy samochody, a na dachu bloku ląduje helikopterem.
Wytworzyliśmy obraz, jakby właściciele niewielkich przedsiębiorstw byli finansową elitą, klasą burżujów dorabiającej się na krzywdzie proletariatu. Właściciele mikroprzedsiębiorstw to w zasadzie trochę lepiej zarabiająca klasa robotnicza, a nie prawdziwi kapitaliście. Prawdziwe i porządne pieniądze robi się na dużym kapitale i skali, a nie smażeniu parówek.
Naprawdę nie wiem, czy ktoś rozsądny chciałby pracować po 12 godzin dziennie, przez 6 dni w tygodniu, nierzadko w niedziele i święta. Z widmem głodowej emerytury i tego, że jedna choroba poważniejsza od grypy pozostawia takiego człowieka bez źródła dochodów. W obecnej sytuacji gospodarczej działanie wielu niewielkich firm nie ma sensu.
Czasem lepiej dać sobie spokój i pójść do normalnej roboty, a nie tyrać w wiecznym kołowrotku nadziei na lepsze jutro. Zwłaszcza starsi ludzie robią to już z przyzwyczajenia, byle dociągnąć do emerytury. W dzisiejszym wątku opiszę, dlaczego często nie warto otwierać niewielkich działalności gospodarczych i kiedy lepiej tego nie robić.
↓🧵Zapraszam na nitkę!🧵↓
NISKIE BARIERY WEJŚCIA TO (ZAZWYCZAJ) NISKIE DOCHODY LUB SKALA
Jeżeli jakaś działalność gospodarcza ma skrajnie niskie bariery wejścia i wymaga może kilkudziesięciu tysięcy złotych na start oraz nie wymaga szczególnych umiejętności, to lepiej dać sobie spokój i tego nie robić. Niskie bariery wejścia zazwyczaj są tożsame z potencjalnie niskimi dochodami.
Duże firmy tego unikają i nie wchodzą do branż, gdzie działają mikroprzedsiębiorstwa. Nie ma korporacji malującej paznokcie czy korporacji tylko przepychających rury u osób indywidualnych. Nie ma, bo bariery wejścia są niskie, a konkurencja duża. Natomiast same ceny wynikają z zaangażowanie i długości pracy właścicieli. Owszem, taki hydraulik na jednoosobowej działalności gospodarczej posiadający całodobowy dojazd do klienta zarobi dużo powyżej średniej krajowej, ale musi być w wiecznej gotowości.
Gdyby miał płacić całodobowo za pracę innego hydraulika, żeby był dostępny całodobowo, to ten biznes nie spiąłby się na starcie. Nikt normalny nie zgodzi się na darmową całodobową etatową pracę, kiedy jest na jeden telefon i wtedy ma płacone oraz musi wyjechać do klienta.
Stworzenie małej budki z zapiekankami pozwoli na zarobki trochę powyżej minimalnej krajowej, ale jeżeli w swoim założeniu budka nie jest w stanie zarobić na siebie bez fizycznej pracy właściciela, to lepiej dać sobie z tym spokój. Chyba, że ktoś sobie tłumaczy, że lubi dużo pracować, nie spędzać świąt z rodziną i widywać swoje dzieci zmęczonym o 20 na kanapie wieczorem.
PRZESTEŃ NISKIEJ MARŻY LUB SKALI
Jak wspomniałem wyżej, duże firmy nie wchodzą do branż, w których nie ma pieniędzy. Rentowność wielu mikroprzedsiębiorstw wynika tylko i wyłącznie z zaangażowania właściciela. Problem jest taki, że o ile w wieku 20-40 lat da się to przeżyć, zakasać rękawy i pracować po 70 godzin w tygodniu, tak w pewnym momencie nikt nie wytrzyma tego zdrowotnie. Zacznie się sypać. Wtedy pojawia się problem, zaczynają odchodzić klienci, przedsiębiorstwo nie spina się finansowo, gdy nie ma właściciela – błędnie zakładając, że zawsze będzie dobrze.
W relacja pomiędzy firmami, duże firmy często wyrzucają na zewnątrz usługi, których nie opłaca się robić ich pracownikom, bo wychodzi to za drogo. Doskonałym przykładem jest handel zwrotami konsumenckimi. Ogromne firmy e-commerce mają problem z zalegającymi zwrotami, ich skala jest porażająca. Najgorzej wygląda to w przypadku ubrań w Niemczech, do sklepów wraca ok. 30 proc. produktów. Ktoś wpadł na pomysł, żeby zamiast wielkiego magazynu, to rolę handlu w re-commerce przejęli drobni ciułacze.
Potem zostają oni z masą towaru, obowiązkiem rękojmi, dostarczają płynność finansową i pozwalają realizować korporacyjny ESG. Będąc na samym dole łańcucha pokarmowego tylko dlatego, bo są tańsi od pracy Hansa na magazynie spod Hamburga. Da się osiągnąć pewną marżę, ale w takiej działalności trudno o ogromną skalę. Bezpośrednio w Polsce najważniejszego dostawcę towaru ze zwrotów obsługują jedynie dwie firmy.
Reszta trafia potem do drobnicy. Następnie taki handlarz zwrotami konsumenckimi ma załadowaną chałupę pod korek 576-tym tosterem i 1789-tym mikserem. Nie daj bóg jeszcze się coś zepsuje, to musi oddać pieniądze w ramach rękojmi. Czy da się na tym zarobić? Da się, ale naprawdę trzeba dużo pracować.