How to get URL link on X (Twitter) App

Eskadra brytyjska, która zabezpieczała odbijanie Falklandów z rąk ludzi planujących przerobić ją na Peron, była wykwitem ówczesnego etapu zimnej wojny – okręty zaprojektowane w l. 60 były przeznaczone bardziej na walkę z Sowietami, stąd też duże pociski przeciwlotnicze dalekiego zasięgu do zwalczania ciężkich bombowców, które w praktyce wojny z Argentyną okazały się mało skuteczne, bo te konusy latały nisko i próbowały wsadzać nogę w każde drzwi, których nieopatrznie nie domknięto. Z braku lepszego pomysłu, a też i z czytej konieczności, admirał John S. Woodward, pozbawiony przez poprzednie rządy lejburzystowskie samolotów wczesnego ostrzegania i normalnego lotnictwa pokładowego, wysunął przed linię floty kilka niszczycieli – w tym HMS Sheffield – które miały wykrywać radarami ewentualne naloty od strony argentyńskiej, w razie czego podnieść ogólny raban i wziąć pierwszy atak na klatę.



Autorem projektu był p. Cass L. Gilbert (na pierwszym), architekt wówczas bardzo znany i ceniony wysoko – także w dolarach – choć paradoksalnie, akurat nie specjalista konkretnie od wieżowców. Wykazał się on był cierpliwością iście anielską, gdyż projekt musiał zmieniać kilkakrotnie, tudzież radykalnie, albowiem żądana wysokość budynku rosła wprost proporcjonalnie do majątku i ambicji magnata handlowego p. Franka W. Woolwortha (na drugim). Zaczęło się od raptem 12 pięter, za chwilę było 16, a już po kilku miesiącach doszło do 29. Ostatecznie (jak się zdawało) stanęło na 42 piętrach i 190 metrach wysokości. Po czym, już po rozpoczęciu budowy w 1910, Woolworth zażądał kolejnego podwyższenia do 55 pięter i 241 metrów. Gilbert był na szczęście profesjonalistą i robił bez błędów to za co mu płacono, nie powtarzając za każdym razem: „Co, JA nie dam rady? Potrzymaj mi piwo!” tylko dlatego, że jako ortodoksyjny prezbiterianin hołdował abstynencji.



Szef rządu Generalnego Gubernatorstwa, generalny gubernator Hans Frank (powieszony w 1946 w Norymberdze), pierwszy sekretarz stanu SS-Gruppenführer Arthur Seyss-Inquart (powieszony w 1946 w Norymberdze), drugi sekretarz stanu SS-Brigadeführer Josef Bühler (powieszony we sierpniu 1948 w Krakowie).



Powstańcy uzbrajali w PIATy specjalne plutony przeciwpancerne, które ustawiały się na kierunkach natarcia npla lub wysyłały patrole ppanc na przewidywane kierunki. Co było całkiem rozsądne, acz trzeba pamiętać, że broń miała bardzo ograniczone osiągi - granat wybuchem kumulacyjnym przebijał 4-calowy pancerz, ale trafienie na odległość ponad 100 jardów było praktycznie niemożliwe (a prawdę powiedziawszy, na znacznie mniejszą odległość też trudne). Jednak powstańcze PIATy spełniły swoje zadania przynajmniej o tyle, że o ile wcześniej npl miał generalnie w nosie, czy go się tam jakimiś butelkami obrzuci, czy nie (jak nie zagasło od razu, to pewnie zaraz zagaśnie), to plomba z amunicji kumulacyjnej była zupełnie inną parą kaloszy i już się bardziej bojali zbliżać.
Sytuacja polityczna była krucha, bo Czechosłowacja domagała się Kotliny Kłodzkiej i z jej strony stał gotów do ataku gen. Vladimir Janko na czele 1 Brygady Pancernej, który co prawda nie miał za bardzo odwodów (kolejne dwie brygady czechosłowackie stacjonowały w Koszycach i w Dunkierce, więc szybko by raczej by odsiecz nie dojszły). Ze strony polsko-ludowej stały przed nim 1 Korpus Pancerny, 16 Brygada Pancerna i 10 Dywizja Piechoty, które w razie czego generała Janko zjadłyby na śniadanie i by sie im nawet nie odbekło. Signum temporis; ich dowódcami byli, odpowiednio, gen. Josif K. Kimbar (pierwowzór "pułkownika" z książki i serialu o Czterech Pancernych), płk Iwan J. Cybin i płk Dymitr I. Dubienko; wszyscy jak jeden mąż chłopaki z mazowieckich równin. O polskie dowództwo dbali o tyle, że profesjonalnie wykonali wszystkie rozkazy z Warszawy dotyczące ugrupowania się, ale decydujący zawsze był telefon do towarzysza Stalina.




Jak nie wiadomo co robić, trzeba zatrudnić inżyniera Mijiro Takahashi, który podjął się odtworzenia na tej podstawie samolotu metodą inżynierii wstecznej, choć nie miał zielonego pojęcia o tym ani jak działa silnik rakietowy, ani jak się zachowuje płatowiec przy prędkościach przydźwiękowych (gwoli sprawiedliwości trzeba pamiętać, że tych którzy cokolwiek o tym wiedzieli można było wtedy na świecie policzyć na palcach rąk, bez przesadnego angażowania jednej z nich). Ale prawie mu wyszło, a optymizm był pełny zwłaszcza po tym, jak szybowce próbne (z balastem wodnym zamiast silnika z paliwem) jakoś tam nawet latały.


...armata niestety pierdoła; większa część lufy się rozerwała, zabijając na miejscu podoficerów Henryka Golińskiego i Jana Królikowskiego; dwóch kolejnych zostało kalekami (jeden bez ręki, drugi bez oczu), a ciężkie rany - w tym również czasem inwalidzkie - odniosło kolejnych kilkanaście osób spośród publiczności.

Ćwiczenia były zajadłe, Polacy lecieli niziutko i próbowali oszukać radary lecąc z prędkością -600 km/h i lawirując między wzniesieniami, Czech jak ich już w końcu znalazł, natychmiast złapał ich w celownik, dodał gazu, źle ocenił odległość, po czym - za przeproszeniem - wpierdolił się w sojusznika/przeciwnika z kilkusetkilometrową przewagą prędkości i wynikającą z tego całą energią kinetyczną. Mjr Valášek zginął na miejscu, z polskiej załogi katapultował się pilot por. Henryk Szeliga, zginęli nawigator por. Mieczysław Mazur (nie zdążył się katapultować) i strzelec sierż. Janusz Rutkowski (nie miał katapulty, a nawet jakby miał, to i tak nic by mu to nie pomogło). Całość tego wszystkiego spadła na pysk na przedmieściach Pragi, nb. tuż obok słynnego studia filmowego Barrandov.




Zasada była prosta; chodnik wyrąbywany w kierunku złoża miał standardowe 16 cali wysokości, więc dorosły się nie zmieści. Mały może wiele nie narąbie, ale otworzy drogę innym i coś tam wywiezie, jak sie oczywiście nie udusi lub górtwór go nie znaleśnikuje; no ale w końcu jak mały, to go nie tak bardzo szkoda.


Wojna nie trwała długo, gdyż Niemcy, jak to Niemcy, napadli podstępnie, najpierw zniszczyli duńskie samoloty na lotniskach (no doprawdy, któż sie mógł tego spodziewać), a następnie dywizyjna artyleria obmacała pozycje przeciwnika, na szpicę wysłano czołgi i czekano co się stanie. Dywizja Jutlandzka usiłowała kontratakować, odbiła dwie wsie i spaliła 3 czołgi oraz samochód pancerny, ale nie bardzo miała koncepcje co potem robić, tym bardziej że npl bezczelnie miał dwa razy więcej sił.

Przez to odznaczenie od Bora miał zresztą po wojnie trochę pod górkę i nawet w latach stalinowskich wywalono go na trochę z wojska (zarabiał jako kierowca ciężarówki), ale potem po przywróceniu i awansie pułkownikowskim, a potem generalskim został twórcą wojsk powietrzno-desantowych i jednym z najważniejszych dowódców "czerwonych beretów"; do dziś batalion komandosów w Gliwicach nosi jego imię.



Celem misji pierwszoplanowym był spacer człowieka w kosmosie, co się nawet w zasadzie udało. P. Leonow wyszedł ze statku przez śluzę, polatał sobie uwiązany na sznurku przez 12 minut, po czym chciał wrócić, ale okazało się, że się nie da, bo inżynierowie nie przewidzieli, że skafander mu się rozedmie od środka ze względu na powietrze i do śluzy się już nie mieścimy. Po kilku nieudanych próbach, p. Leonow podjął męska decyzję, spuścił powietrze ze skafandra i postanowił wejść do śluzy w krótkim czasie jaki mu został do uduszenia się. Udało się, choć z problemami, bo w ferworze wszedł niewłaściwą stroną (tj. nogami do przodu), musiał się następnie przekręcić, a przy okazji niechcący przełączył przełącznik który z kolei zaczął powietrze wypompowywać ze statku na zewnątrz, ku ogromnej konfuzji dowódcy, który siedział w środku. Ale wszystko dobre, co się dobrze kończy.


Po wcześniejszym nocnym ataku na Port Artur, Rosjanie mieli kompletnego fioła na punkcie wypatrywania japońskich torpedowców wszędzie gdzie tylko coś się rusza; jakoś chłopakom nie przyszło do głowy, że japoński torpedowiec na Morzu Północnym jest równie łatwy do spotkania jak delfin na Księżycu. Wachtowy z pancernika Kniaź Suworow zameldował podejrzane ruchy w polu widzenia, po czym okręt natychmiast otworzył ogień na wszelki wypadek. Zareagował na to niezwłocznie komandor Jewgenij E. Jegorow dowodzący krążownikiem Aurora (tak, tym samym...) i wraz z krążownikiem Dmitrij Donskoj włączył reflektory, żeby szukać przeciwnika. Reszta eskadry oczywiście natychmiast wzięła ich za nieprzyjaciół i zaczęła nacyndalać.

Pierwsze zdjęcie nie ma nic wspólnego z tym zestrzeleniem, ale dobrze obrazuje Do 17 spuszczonego na matkę Ziemię. Skalski pretendował do zwycięstwa dzień wcześniej nad rozpoznawczym Hs 126, ale ostatecznie komisja w Anglii przyznała je Marianowi Pisarkowi (który zresztą w obronie tejże Anglii wkrótce poległ). Faktem jest, że Skalski wylądował na polu koło zestrzelonego Hs 126, wziął jego załogę do niewoli przy pomocy srebrnej papierośnicy udającej Browninga (swój służbowy pistolet pochopnie zostawił w bazie), uchronił przed linczem chłopskim, poczęstował papierosami i wystartował w celu dalszego pełnienia obowiązków służbowych; prawdopodobnie jeden z nielicznych takich przypadków IIwś.
Coś takiego oczywiście nie mogło ujść płazem, więc z tymczasowego braku możliwości złapania sprawców, świeżo ustanowiona komenda miasta następnego dnia natychmiast spaliła miejscową synagogę i zagnała Żydów do wykopania gołymi rękami grobu dla poległych żołnierzy. Co też zrobili, a następnie wojsko nie miało rozkazu, więc stosownie poopluwani i obici Żydzi zaczęli się powoli rozchodzić do domów.

Podobnie jak wcześniejsze bomby tego rodzaju - znane choćby z karykatur przedstawiających anarchistów aż do dziś - była po prostu skorupą odlaną z żeliwa lub brązu i wypełnioną materiałem wybuchowym. Novum było zastąpienie zapalnika lontowego - o którym nigdy nie było wiadomo, czy w ogóle zdetonuje, a jeśli tak, to kiedy - szeregiem najeżonych zapalników uderzeniowych z piorunianem rtęci, tak żeby wybuchło od uderzenia którąkolwiek stroną o cokolwiek. I faktycznie sie udało; bomby wybuchały prawie zawsze kiedy trzeba, a nawet częściej, kiedy zamachowiec np. nieszczęśliwie się potknął, za szybko wsadził rękę do kieszeni z bombą, albo w czasie zamachu za mocno się zamachnął i zapalniki uznały za stosowne zdetonować już wtedy, wskutek bezwładności.

Brian May z zespołu Queen, doktor astrofizyki, autor pierwszych w historii nauki obliczeń określających dokładnie wpływ pyłu kosmicznego na widmo światła zodiakalnego, a następnie konsultant NASA podczas misji sondy OSIRIS-Rex mającej na celu zbadanie planetoidy (101955) Bennu i twórca jej pierwszej (a zapewne też i ostatniej na długie lata)mapy trójwymiarowej.



Jako przeznaczony do kilkudziesięciogodzinnych lotów transatlantyckich, był oczywiście wyposażony luksusowo - kabiny sypialne, restauracja, pokład widokowy i palarnia; oczywiście szczelna i odpowiednio zabezpieczona antyogniowo, bo jeszcze by kto ogień zaprószył i nieszczęście gotowe.



„Mikołaj Kopernik, czyli rozmowa z Bogiem” i dr Henryk Levittoux, który z Bogiem może nie rozmawiał aż tak często jak Kopernik i nie był astronomem a lekarzem-neurologiem, ale miał fryzurę i był bliskim przyjacielem Matejki. 

Spośród 3 pilotów, największą rzutkością wykazał się kpr. Lucjan Dutkiewicz, który po rozmowie z wartownikiem zorientował się, że wylądowali za granicą, i to jeszcze na placu koszar, wiec pokrótce zameldował "Panie sierżancie, to ja spierdalam", zapuścił silnik i spierdolił.… https://t.co/L2IT21suJAtwitter.com/i/web/status/1…