Cezary Bachański Profile picture
Przedsiębiorca i ekonomista. Działacz na rzecz wolności gospodarczej. Hobbistycznie komentator rzeczywistości z zakresu przedsiębiorczości, ekonomii i polityki.

Jun 5, 2025, 7 tweets

SKĄD I DLACZEGO BIERZE SIĘ "DZIADOSTWO" W NIEKTÓRYCH MIKRO I MAŁYCH FIRMACH

Kiedyś wpadł mi w ręce absolutnie genialny artykuł, który opisywał historię punktów gastronomicznych na polskim „Route 66”, czyli trasie z Katowic nad Bałtyk, kiedy jeszcze nie było autostrady, a sama wyprawa była ogromnym wydarzeniem.

Felieton poruszał kwestię restauracji i barów, które znajdowały się przy starej drodze głównej i święciły niegdyś triumfy. Właściciele prawdopodobnie z łezką w oku wspominają pełne parkingi, zamówienia, których nie da się obrobić i związane z tym w pewnym momencie dobre pieniądze.

Dzisiaj większości z tych barów nie ma, ostało się trochę, gdzie zazwyczaj hula wiatr (nie wszystkie, kultowe nadal są pełne!). Stały się one trochę niejako symbolem pewnej przemijającej epoki. Stanowią też bardzo dobry punkt wyjściowy do dzisiejszego felietonu. Kiedyś jeden z redaktorów w rozmowie ze mną na wizji stwierdził, że część mikro i małych przedsiębiorstw w Polsce można rozpatrywać w kategoriach dziadostwa. Niewielu jednak zagłębia się w przyczynach tego stanu rzeczy.

Przykład zapomnianych barów przy starej drodze jest wręcz książkowym pokazanie przemijającego czasu. Kto miał trochę szczęścia (lub czego innego), to udało mu się pozostać w dobrym punkcie przy zjeździe z autostrady, inny zamknął biznes na cztery spusty, inny próbuje walczyć zmieniając profil działalności na np. salę weselną.

Chciałbym Was dzisiaj zaprosić na nieco dłuższy tekst, który tłumaczy skąd może brać się „dziadostwo” w niektórych małych firmach. Począwszy na warunkach pracy, kończywszy na pobożnej modlitwie właściciela, aby dotrwać do emerytury.

⬇️Cały tekst poniżej! ⬇️

NIEODNAWIALNY ZASÓB – CZAS

Zapewne kojarzycie przydrożne bary przy byłych drogach głównych, które były kiedyś pełne. Klimatu dopełniają wyblakłe czerwone parasole Coca-Cola, kiedy się tam wchodzi, to zazwyczaj zamówienie przyjmuje już starsza babka z lekkim wąsem pod nosem z miną „Pan tu nie stał”.

Lubię się czasami zatrzymać w takich miejscach, da się w nich odnaleźć hamburgery z prażoną cebulą, masą sałaty, gotowym mięsem do odgrzania w mikrofalówce i sosem z wielkiej tuby. Zupełnie tak, jak jeszcze dwadzieścia lat temu na każdym dworcu w Polsce. Smak dzieciństwa, lekka nostalgia.

Jednakże widać, że czas się tam zatrzymał. Nikt już nie chce robić remontu, nie podejmuje walki, nie chce nic zmieniać, bo nie ma to sensu. Zupełnie tak, jak w tych zapomnianych ośrodkach wypoczynkowych na Mazurach, gdzie toaleta w domku jest luksusem, a wykąpać się można w prysznicu na monety, który stanowi próbę ratowania dochodu i tego co zostało, gdy trzeba płacić dychę za 45 sekund dostępu do wody. Łózka pamiętają jeszcze „Lato z Radiem 1978 r.” i przypomina Ci o tym wbijająca w plecy sprężyna, którą czuje się cały następny dzień i dwa kolejne.

Jednocześnie nad tymi samymi akwenami wodnymi można wynajmować całe domy w lekko podwyższonym standardzie za wielokrotność ceny tego domku ze wspólnym prysznicem na monety. Ktoś dołożył starań, dorzucił jeszcze dużą banię opalaną drewnem i saunę w ogrodzie, nagle cena domku nie wynosi 200 zł, a prawie 1000 zł za dobę. Wykorzystasz drewno, płacisz za następne. Cena jest na tyle wysoka, że nie potrzeba wydzielać 45 sekund wody dziennie.

Ktoś się jednak zatrzymał, nie podążył za duchem czasu, przespał swój dobry moment, w którym mógł inwestować. Niejako to rozumiem, jeżeli ktoś przez całe życie nic nie ma, to też coś chce mieć z tego życia, a nie ciągle pracować – przepuścił, teraz ma gorzej – życie.

Takich przemijających i dogorywających działalności gospodarczych są dziesiątki tysięcy w Polsce. Ktoś jest już starszy, nie ma na to pomysłu, nie chce mu się. Paradoksalnie zamiast tworzyć coś „od zera”, to teraz jest dobry moment, aby próbować to przejmować i reaktywować, co straciło swój blask.

Nie mówię tu o gastronomii i hotelarstwie, ale naprawdę wiele malutkich firm jest w takiej sytuacji, gdzie świeże spojrzenie dałoby nowe życie, no chyba, że ktoś jest wypożyczalnią filmów w 2025 roku lub zgorzkniałym zgredem, co wszystko wie najlepiej. Wtedy się nie da.

PRZEMIANY, PRZEMIANY, PRZEMIANY…

Przemijający czas jest oczywistym elementem przemian. Niegdyś była przestrzeń, aby z handlu butami na bazarze zrobić poważną spółkę giełdową. Dziś rynek jest na tyle nasycony, że romantyczne historię od bazaru do głównego parkietu są nierealne. Nie da się tego zrobić na podstawie drobnej działalności handlowej, bo nigdy nie zbierze się kapitału. Zasadniczo przeminęła już szansa na zarobienie lepszych pieniędzy w ten sposób. Po prostu, kto miał urosnąć – to urósł – kto został w miejscu, ten będzie się tylko cofać.

Zwłaszcza biorąc pod uwagę inwazję chińskich platform handlowych. W lipcu 2024 roku chińskie Temu osiągnęło zasięg 51,15 proc. polskich użytkowników sieci, co przekłada się na ponad 15 mln osób. Czego byś nie zrobił, to nie masz szans w starciu z kimś takim. Zaszły takie zmiany, że trzyosobowym punktem handlowym w centrum miasta wojewódzkiego można się modlić o średnią krajową dla właściciela takiego lokalu, a gdyby przeliczył swój czas na pieniądze, to lepiej by mu wyszło jeździć wózkiem widłowym po magazynie w Strykowie.

Dogorywanie takiego miejsca zazwyczaj przebiega tak samo. Najpierw się zwalnia pierwsze osoby, by mieć jakąkolwiek rentowność, potem kończy się samemu (lub z rodziną) i dogorywa do emerytury pracując po 12 godzin dziennie, będąc zakładnikiem swojego przedsiębiorstwa.

BYŁO TANIO, ALE NIE JEST

Polska była (i w sumie nadal jest) krajem niskomarżowej produkcji i bycia podwykonawcą. Trochę się w tym okopaliśmy i taką mamy charakterystykę gospodarczą, która się już trochę zmienia. Dopiero to pokolenie ma szansę na tworzenie światowych firm bazując na tym, co zostawili im rodzice, którzy zaczynali zazwyczaj „od zera”. Problem jest taki, że jeżeli czymś handlujesz i jest tanie, to znalezienie kupca nie jest takie trudne.

Problem zaczyna się wtedy, gdy nie jesteś w stanie już czegoś robić tanio, a na tym bazowała twoja sprzedaż. Jeżeli możesz wyróżniać się ceną, to oczywiście, że znajdzie się na to klient. Kiedy tego nie masz, musisz szukać dalej, co często się nie udaje. Jeżeli ktoś jest przyzwyczajony od 20 lat konkurować ceną, to się budzi w przysłowiowej d*pie, bo w jaki sposób np. znaleźć np. wyróżnik dla gwoździa? W czym gwoździe robione w naszym zakładzie są lepsze od konkurencji z innych krajów? Przed takim dylematem stanęła kilka lat temu masa firm produkcyjnych w Polsce.

Najmniejsze, które nie miały na to pomysłu po prostu zaczęły się zwijać. Tam nie było wielkich budżetów marketingowych, specjalistów, tylko codzienna robota i konkurencja ceną. Kiedy spada sprzedaż, to tnie się koszty. Zaczyna gorzej traktować ludzi, kontrahentów, zaczyna się robić dziadostwo. W końcu właściciel takiej firmy robi sto rzeczy na raz, a żadną dobrze i dokładnie.

OKOPANIE SIĘ W NISKIEJ MARŻY I SKALI

Wszystkie te czynniki mają oczywiście wpływ, ale największy ma to, że mikro i małe firmy są okopane w warunkach zazwyczaj albo niskiej skali albo niskiej marży, a co gorsza – czasami jednego i drugiego. Wtedy jest naprawdę masakra. Duże firmy i korporacje nie dotykają branż, w których nie ma pieniędzy, zostawiają je właśnie tym zapaleńcom, którzy myślą, że od handlowania czymś w blaszaku będą bogaci. Ewentualną przestrzeń, gdzie jest jakaś skala, zostawia się ją ograniczoną do bycia podwykonawcą.

Tłumaczyłem to kiedyś, ale wytłumaczę to jeszcze raz na moim ulubionym przykładzie transportu ciężarowego. Duże firmy logistyczne wygrywają duże przetargi lub mają bardzo duże kontrakty na konkretne trasy. Zazwyczaj są one pośrednikiem, a czarną robotę odwalają małe przedsiębiorstwa transportowe.

Potem taki właściciel 15 ciężarówek musi się głowić, w jaki sposób zmieścić w 1 euro z kilometra pensję kierowcy, paliwo, opłaty drogowe, serwis pojazdu, obsługę biura itp. Przerzuca się na niego odpowiedzialność. Potem ten facet jest nazywany „Januszexem”, bo kombinuje na milion różnych sposobów, jak osiągnąć rentowność.

Tymczasem główny wykonawca może sobie sadzić drzewa w parku, prowadzić politykę ESG i diversity, a także w statystykach wyglądać na wielce produktywnego, bo czarną robotę i niską marżę bierze na siebie podwykonawca. Tak jest w wielu sektorach gospodarki, gdzie jesteśmy podwykonawcami. Stąd wynika często to dziadostwo, z miejsca w łańcuchu pokarmowym.

POZAPŁACOWE KOSZTY PRACY I WYSOKA MINIMALNA – SPOSÓB NA CZYSZCZENIE RYNKU

Mam wrażenie, że ktoś doszedł w pewnym momencie do wniosku, że trudno jest przekonać właścicieli mało rentownych firm (zdaniem góry) do ich zamknięcia i nie ma za bardzo na to sposobu. W cale nie do rzadkości należały sugestie, że: „firm w Polsce jest za dużo”. Nie ma łatwiejszego sposobu ma „posprzątanie rynku” z takich firm niż podniesienie kosztów pracy za pomocą minimalnej krajowej, która wzrosła od 2020 roku o prawie 80 proc.

Przedsiębiorstwa, które miały konkurencyjność poprzez niskie koszty pracy trafił szlag albo musiały się przeorganizować. Nie było innej możliwości. Gdy ktoś ma naprawdę dużą firmę z marżą, to nawet w jego interesie jest wprowadzenie 4-dniowego tygodnia pracy za to samo wynagrodzenie, bo po prostu mniejszy nie da rady tego uciągnąć, a większy będzie miał lepszy dostęp do pracownika – serio. Do tego jeszcze dobrze to wygląda w przekazie społecznym.

Podobnie jak to, że największym podmiotom nie zależy na obniżeniu pozapłacowych kosztów pracy. Procentowe oskładkowanie umów o pracę osób najmniej zarabiających w Polsce jest dwukrotnie wyższe niż w Wielkiej Brytanii, a nawet wyższe niż w… Danii.

Wysokie koszty pozapłacowe pracy, gdy w zasadzie (licząc L4 i urlopy) z wynagrodzenia rzędu 5000 zł netto miesięcznie robi się ponad 9000 zł całkowitego kosztu pracy miesięcznie są naturalnym filtrem. Filtrem, który pozwala betonować rynek, bo mniejsze firmy będzie coraz mniej stać na pracownika, przez co pozbywa się drobnej i upierdliwej konkurencji. W większych nadrabia się to skalą.

PODSUMOWANIE

Na sam koniec mam jeszcze jedną, dosyć luźną obserwację. Obecni szefowie to często osoby w wieku 40-60 lat, którzy doskonale pamiętają, w jaki sposób trzeba było pracować kilka dekad temu. Mają taki wzorzec i mimowolnie przenoszą go na czasy współczesne, które są zupełnie inne. Zmienił się szacunek do ludzi i podejście, młodsi też nie chcą tak wiele pracować, bo widzą po swoich rodzicach, do czego to może prowadzić.

Jednakże to „dziadostwo”, które lubi się opisywać w przestrzeni publicznej ma swoje źródło zupełnie gdzie indziej. Dopóty jesteśmy na dole łańcucha pokarmowego, to trudno wyjść ze stanu ograniczonej przestrzeni, żeby zmienić ten stan rzeczy. Gra się tak, na ile pozwala rynek.

Ponadto, jak wielokrotnie pisałem, kończy się w Polsce przestrzeń do prowadzenia firm w branżach „tradycyjnych”, jeżeli ktoś nie urósł. Kiedyś słuchałem wywiadu z jednym dosyć znanym hotelarzem, który powiedział zdanie: „Jeżeli jeden z hoteli jest nierentowny i nie zarabia na siebie, to go rozbudowujemy”. Niestety, jeżeli ktoś nie ma bardzo szczególnego fachu w ręku, to musi się skalować, bo wyginie jak dinozaury.

Share this Scrolly Tale with your friends.

A Scrolly Tale is a new way to read Twitter threads with a more visually immersive experience.
Discover more beautiful Scrolly Tales like this.

Keep scrolling