InterMariusz🇵🇱🇸🇪🇧🇻🇫🇮🇱🇹🇱🇻🇪🇪🇺🇦🇹🇷 Profile picture
Non partibus sed toti 🇵🇱 #NAFO #HellsFellas #SemperFidelis @69thSB 🇵🇱🤝🇺🇦

Jun 20, 15 tweets

1/15

Wracam. Pięć dni szkolenia bojowego FPV. Nie pokazowego. Nie reklamowego. Bojowego.

Prowadzący: doświadczony instruktor – człowiek, który ponad rok spędził na froncie w Ukrainie. Służył w 24. Brygadzie Zmechanizowanej, na rocznym kontrakcie w SZU, między 2023 a 2024 rokiem. To brygada, która miała własny oddział droniarzy. Instruktor nie był tam obserwatorem. Walczył. Przeszedł przez okres, gdy konflikt wchodził w zupełnie nową fazę – fazę masowych dronów, walki elektronicznej i taktyki, której nie uczą na żadnej akademii.

Kim jestem? Studentem Bezpieczeństwa Narodowego na Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni. Mam za sobą wszystkie cywilne kursy, jakie są w Polsce dostępne – STS-01, STS-02, kategorie A1, A2, A3. Mam setki godzin nalotu na własnym sprzęcie. Drony to moja zajawka od lat.

Na początku myślałem o kursie na Ukrainie. Szukałem szkolenia z zastosowania dronów bojowych. Ale realia – praca, studia, logistyka – sprawiły, że to byłoby bardzo trudne. Wtedy znalazłem jedyny taki kurs w Polsce. U jedynej osoby, która miała realne, udokumentowane doświadczenie z frontu. I to był strzał w dziesiątkę. Chcę wam o tym opowiedzieć. I zadać kilka pytań, które od pięciu dni nie dają mi spać.

2/15

Miejsce: Wielkopolska. Prywatna strzelnica. Więcej nie zdradzę – OPSEC obowiązuje.

Zakwaterowanie: proste, funkcjonalne. Do dyspozycji łazienki, kuchnia. To dla mnie ważne, bo jestem na diecie ketogenicznej – mogłem przywieźć swoje produkty i gotować normalnie, nie wychodząc z rygoru. Inni uczestnicy zamawiali obiady w lokalnej agroturystyce – codziennie inne, duże porcje, za małe pieniądze. Każdy miał opcję pod siebie.

Ale to wzniesienie, na którym stoimy, nie zostało wybrane dla widoków. To moreny czołowe – polodowcowe pagórki. Dowiedziałem się o tym w trakcie szkolenia i dopiero ostatniego dnia w pełni zrozumiałem, jakie to ma znaczenie. Radiohoryzont. Zasięg anten. Możliwość lotu na dystans bez utraty sygnału. Prowadzący nie wybiera miejsc na odpierdol. Każdy metr terenu jest przemyślany pod kątem taktycznym.

Przyjechałem wieczorem. Cisza. Spokój. Ostatnia noc przed burzą.

3/15

Dzień pierwszy. Pobudka. Mały trucht do lasu – zaprawa na własną rękę. Prysznic. Start.

Siadamy do potężnego stołu. Dwie lutownice. Masa części wysypana z wielkich, budowlanych skrzyń – ponoć najlepszych do przechowywania sprzętu dronowego. Zaczynamy od podstaw. Czym jest dron? Jakie są rodzaje ram? Co to ESC, FC, kontroler lotu? Jakie materiały wykorzystuje się do budowy?

Ale nie jest to sucha teoria. Od pierwszej minuty pada kluczowe pytanie: jaką misję planujesz? Bo budowa drona zaczyna się od planowania misji. Zależy, jaki cel – taki ładunek. Zależy, jaki dystans – taki odbiornik. Zależy, jaka misja – taki dron.

I od razu wjeżdża fundamentalna sprawa: analog vs cyfra. Cyfra – tylko do zwiadu. Analog – do lotów bojowych. Dlaczego? Bo analog trudniej zakłócić. Nawet pod wpływem rosyjskiego REB masz szansę rozpoznać cel i doprowadzić maszynę. Cyfra przy zakłócaniu po prostu zamiera. Na froncie to różnica między trafieniem a stratą drona i pozycji. Zero dyskusji.

4/15

Jeszcze pierwszego dnia dostajemy podstawowy podział: dwie kategorie lotów bojowych, dwa różne typy dronów.

Bomber – dron, który niesie ładunek i go uwalnia. Może wrócić, może uderzyć ponownie.
Kamikadze – FPV z ładunkiem przymocowanym na stałe, który uderza razem z maszyną.

I teraz ciekawostka, która rozwala wyobrażenie z social mediów. W oddziale prowadzącego w 24. Brygadzie większość lotów bojowych to były bombowce, nie kamikadze.

Dlaczego?

Po pierwsze: dobór ładunku. Lecisz na budynek – bierzesz coś innego. Na pojazd – coś innego. Na piechotę – jeszcze inaczej. Bomber daje elastyczność, której kamikadze nie ma.
Po drugie: możliwość wielokrotnego uderzenia w ten sam cel. Niektóre budynki były rażone kilkukrotnie. Metodycznie. Od dachu do samej piwnicy. Aż wróg przestawał w nich istnieć.

Lot bomberem jest znacznie trudniejszy niż kamikadze. Trzeba dolecieć, wypozycjonować maszynę, zrzucić ładunek z odpowiedniej wysokości i pod odpowiednim kątem – i wrócić. Kamikadze jest prostszy w trafieniu. Ale dron już nie wraca. Bomber jest droższy w budowie, ale bardziej uniwersalny taktycznie.

Prowadzący: „Kamikadze jest fajny na filmik. Ale wojny nie wygrywa się filmikami.”

5/15

I właśnie. Te filmiki.

One nie nagrywają się same. Kurwa, nie.

Za każdym nagraniem, które oglądasz na Telegramie czy Twitterze, stoi praca rzeszy ludzi. Obserwacja. Logistyka. Zabezpieczenie. Wybór miejsca na wzniesieniu, z radiohoryzontem, między hałdami, bez przeszkód terenowych. Maskowanie auta.

A najniebezpieczniejsze w tym wszystkim? Dojazd i odjazd z pozycji.

Nie ma rotacji. Nie ma „nie wyszło, wracamy”. Jedzie się i zostaje. Wszystko trzeba zabrać ze sobą. Nie można niczego zapomnieć. Jeden błąd w logistyce i misja odpada. Albo gorzej.

To, co wygląda na solo popis operatora, jest efektem pracy całego systemu. I to budzi prawdziwy respekt. Nie ten z TikToka.

6/15

Dzień drugi. Pobudka. Krótka zaprawa. Start.

Kończymy budowę dronów. Montujemy mechanizmy zrzutowe. Dobieramy skrzydła. Skręcamy ramy. Poprawiamy lutowania, jeśli coś nie styka. Każdy element musi być na sztywno, żaden kabel nie może wisieć.

Wchodzimy w software. Betaflight i INAV – dwa główne systemy. Sprawdzamy rotację silników. Sygnał wideo. Konfigurujemy pod konkretne misje. Kto nie siedział wcześniej w konfiguratorze, ten ma teraz oczy szeroko otwarte. To już nie jest składanie klocków. To programowanie narzędzia, które ma wykonać zadanie.

I wchodzimy w temat paliwa. Baterie. LiPo i Li-ion. Podstawy obsługi już były, teraz praktyka. Ładowanie. Sprawdzanie napięcia na ogniwie. Ile bateria powinna mieć. Jak pojemność przekłada się na czas lotu w misji bojowej. Szczegółów nie podam – to wiedza dla uczestników. Ale powiem tyle: planowanie misji zaczyna się od baterii. Dystans, ładunek, czas – wszystko stoi na ogniwach.

Dzień drugi zamykamy z kilkoma w pełni sprawnymi dronami. 5, 7, 10 cali. Zbudowanymi od zera, z części. I z bateriami gotowymi do akcji.

7/15

Dzień trzeci. Po śniadaniu pakujemy sprzęt.

Ostatnie sprawdzenie pod software'em. Nie jedno. Kilkukrotne. Bo każdy wyjazd na pozycję traktuje się tu jak realny wyjazd bojowy. Zero ulgi. Zero „na sucho”.

Zabieramy wszystko: kable, przedłużki, baterie, paliwo, ekran do obserwacji, gogle, różne rodzaje dronów, lądowisko. Lista jak przed misją. Nic nie może zostać.

Wybieramy miejsce. Dobre pod radiohoryzont. Z opcją miękkiego lądowania w razie awarii. Nikt nie chce rozwalić sprzętu przy pierwszym locie.

Jest stres. Lekki, ale jest. Jedziemy testować maszyny. Kilka godzin w polu.

Niektóre drony okazały się błędnie skonfigurowane. Mimo wielokrotnego sprawdzania. Coś przegapiliśmy. To normalne – po to są testy. Wracamy do stołu. Oprogramowanie. Odlutowywanie. Przelutowywanie. Wymiana skrzydeł. Żaden dron nie ucierpiał. Prowadzący podkreślił, że nasza grupa trzyma naprawdę wysoki poziom.

Pod koniec dnia wjeżdża WRE – walka elektroniczna. Jak Rosjanie zakłócają sygnał. Jak stopniują zasięg, żeby nie zostać wykrytym. Jakie błędy popełniali na froncie. Mieliśmy dowody na filmach – ale to tylko dla uczestników. Nawet nie będę udawał, że powiem więcej. Powiem tylko: to, co myślisz o lataniu pod zakłóceniami, jest prawdopodobnie błędne.

8/15

Na tym etapie – po trzech dniach – już wiedziałem.

To, co przechodzimy tutaj, ma się nijak do deklaracji Wojska Polskiego. Do reklamówek z zamaskowanymi żołnierzami wypuszczającymi drony z ręki na tle lasu.

Po pierwsze: na froncie nie można wyjść na siku. Ani na papierosa. Skrajówki? Zapomnijcie.

Po drugie: na Ukrainie nie wypuszcza się drona z rąk. Widzieliśmy filmy nakręcone przez ludzi z brygady prowadzącego. Gdzie takie akcje kończą się śmiercią. Dosłownie.

Antenę wystawia się na kablu. Operator schodzi ileś metrów pod ziemię. Cała wojna przeniosła się pod poziom gruntu. Wyjście na pozycję oznacza: nie wychodzisz na zewnątrz. Bo to kończy się śmiercią.

Filmik, który dobrze wygląda – zamaskowany żołnierz na tle lasu – mija się z celem. To następna defilada. Ładna. I martwa.

9/15

Nadal przygotowujemy się do całkiem innej wojny.

Legacy systems. Platformy. Defilady. To wszystko ma się nijak do tego, co widzę tutaj.

To jest wojna Cyberpunk. Mad Max. Robią wszystko z wszystkiego. Wykorzystują rozbite rosyjskie drony. Rosjanie budują Mołnie ze sklejki, drony z aluminium – tanie, śmiertelnie skuteczne. Rzeźbione ręcznie elementy, które zabijają.

A teraz konkret, który powinien dać do myślenia każdemu, kto wydaje nasze pieniądze na obronność. Śmiercionośny dron przez nas zbudowany – 10 cali, z mechanizmem zrzutowym – kosztuje 2000 złotych. Dwa tysiące.

Jak to się ma do X-Frontera z WB Electronics? Do Gladiusa? Do Warmate'a? Do FlyEye'a?

Zestaw Warmate jest bardzo drogi a głowice śmiesznie małe. Procedura startu trwa 10 minut – sprawdzenie klap, awioniki, rozłożenie stanowiska. Potrzebujesz szczerego pola bez przeszkód. Przez te 10 minut jesteś trzy razy zneutralizowany – artylerią albo wrogimi dronami. Widziałem setki filmów. Takie procedury kończą się eliminacją.

X-Fronter ma głowicę 50 gramów. 50 gramów. Widziałem bombowce zrzucające trotyl z zapalnikiem ważący około kilograma. To robi robotę. Nie 50 gramów. Więc wychodzi na to że PL żołnierz ma mieć personalnego latającego granata za ok. 250 tys zł?

Liczy się koszt-efekt. A tu jest przepaść.

10/15

Dzień czwarty. Taktyka. Sedno roboty droniarza.

Planowanie misji. Załadunek i wyładunek sprzętu. Logistyka – jak to robić sprawnie, bez strat. Na co uważać? Na lokalsów. Na zastawione pułapki. Nic nie brać w rękę – nigdy. Rosjanie potrafili zostawiać miny-pułapki w zabawkach. Ukraińcy również. W reklamówkach? Tego nie ruszam. Szczegółów nie podam. Ale jest tego masa i to jest wiedza, która ratuje życie.

Radiohoryzont. Dobieranie punktów startu na etapie planowania – nie na czuja, tylko na mapie, z analizą terenu. Współpraca ze sztabem. Jeden kilometr frontu obsługuje batalion – około 300 ludzi. W tym batalionie kilkudziesięciu droniarzy, zwiadowców, grupa bojowa wspierająca piechotę. To system. Nowa taktyka wojny.

Symulacje taktyczne. Zajeżdżanie na wybór miejsca. Jak wygląda rozładunek. Załadunek. Logistyka w praktyce.

I obraz tej wojny: Baby Jagi – ciężkie wielowirnikowce z ładunkiem, które latają nocą. Żduny – drony lądowe. Drony logistyczne. Bo teraz nie ma miejsca na BWP. Konwój na pierwszą linię nie dojeżdża – dron ma szansę.

Ewakuacja rannego? Jeśli jesteś ranny na otwartym polu, ewakuacja najczęściej kończy się śmiercią – twoją i tych, którzy próbują cię wyciągnąć. Punkt ewakuacyjny jest 10 km za frontem. Strefy śmierci się poszerzają.

Noc już nie jest przeszkodą. Noc nie jest już osłoną dla ruchu wojsk. Termowizja widzi wszystko. Drony działają 24 godziny na dobę. Widziałem filmiki, gdzie dosłownie trzy czy cztery drony odpierały cały szturm w pięć minut. Piechota zawijała się, czołgając, nie zabierając nawet rannych. Reszta umierała. Szturm odparty. 5 minut. To nie przyszłość. To teraźniejszość.

Mała ciekawostka: „Baba Jaga” to nazwa od Rosjan. W rosyjskiej baśni Baba Jaga latała nocą i zabierała niegrzeczne dzieci. Tu też lata nocą. I też zabiera niegrzeczne dzieci. Tylko rosyjskie.

11/15

Czwarty dzień to też finalne szlify sprzętu.

Po testach z dnia trzeciego wiemy, co działało, a co nie. Tuning. Nastawy. Filtrowanie. Przypisywanie funkcji pod konkretne klawisze na sterowniku – tak, żeby w locie nie myśleć, tylko działać.

Poprawiamy drony, które trzeciego dnia zawodziły. Nie ma już miejsca na błędy. Montujemy systemy zrzutowe.

I wyjeżdżamy na punkt. Z obciążeniem.

Lot z obciążeniem to całkiem inna bestia. Atrapa waży 600-700 gramów. Dron zachowuje się inaczej – bezwładność, balans, reakcja na gaz. Wszystko przesunięte. Lecimy na cel. Zrzut. Trafienie. To nie jest latanie po prostej. To symulacja bojowa dronem typu bomber.

Teraz coś, co niech zabrzmi jako dowód, nie przechwałka. Wszystkie loty – moje i wszystkich uczestników – zakończyły się bez uszczerbku na sprzęcie. Żaden dron nie wrócił rozbity. U mnie: każdy lot próbny zakończył się zrzutem do koła o średnicy opony. Godziny nalotu zrobiły swoje. Motogodziny na prywatnym sprzęcie. Kursy STS. Wszystko, co robiłem cywilnie, zaprocentowało tutaj.

Wieczorem przegląd sytuacji krytycznych. Filmy z frontu. Jak kończą się błędy. Jak kończy się startowanie z ręki – to nie są reklamówki, tylko nagrania, gdzie operator przestaje istnieć. Brutalność wojny. Dowody, że liczy się koszt-efekt. I że nie ma miejsca na drony „do wszystkiego” z głowicą 50 gramów.

Na koniec dnia – szkolenie saperskie. I zasady bezpieczeństwa przy krążącej amunicji. Tu już nie ma żartów. Jesteś odpowiedzialny za siebie i towarzyszy. Jeden błąd i nie wracasz do domu. Albo nie wracają oni. Żadnych szczegółów nie podam. Powiem tylko: jeśli myślisz, że wiesz, jak wygląda ładunek podwieszany pod dronem, to prawdopodobnie nie wiesz nic.

12/15

Prowadzący opowiadał anegdotę. Widziałem to na filmie.

Chodzi o pomysłowość. O to, jak przechytrzyć wroga. Cel jest jeden – wyeliminowanie przeciwnika. W jaki sposób to zrobisz? To nie jest podręcznikowa taktyka. To partyzantka. Maskowanie. Improwizacja.

Przykład. Mieli tylko trzy drony na pozycji. Przyjechali rano. Dwa zostały zakłócone i zniszczone przez wrogie FPV. Został jeden bomber. Też został trafiony zakłóceniami WRE. Są procedury wyjścia z takich sytuacji – nie będę ich opisywał. Ale przez nie lot się wydłużył. Baterii nie starczyło. Dron wylądował 500 metrów od domku, w którym stacjonowali.

500 metrów. 3 minuty marszu w jedną stronę. W strefie, gdzie wszystko chce cię zabić.

I teraz: wyjść w kamuflażu? Pewna śmierć. Drony widzą wszystko. Prowadzący podjął decyzję. Znalazł w miejscu, gdzie stacjonowali, jakieś damskie ciuchy. Przebrał się za starą babuszkę. I wyszedł po tego drona.

Szedł przebrany. Słyszał nad sobą dźwięki wrogiego drona. Serce w gardle. Dron go zauważył. Zawisł. Obserwował. I operatorzy po drugiej stronie stwierdzili: nie będą marnować maszyny na jakąś starą babcię. Odlecieli.

Dotarł do drona. Wrócił. Dokończył misję.

To nie jest anegdota z kabaretu. To jest przykład myślenia operacyjnego. Elastyczności. I tego, jak teraz wygląda ten konflikt. Tam, gdzie zawodzi technologia i procedury, zostaje głowa na karku.

13/15

Dzień piąty. Egzamin.

Pobudka jeszcze wcześniej. Pakowanie sprzętu. Nie ma prawa na pomyłki. Każdy sprawdza siebie dwa razy. Potem ja sprawdzam kolegę, kolega sprawdza mnie. Na końcu dowódca. Dwie drużyny: „Oko” – zwiadowcy z dronem Autel. I my – „Ropuchy”, grupa uderzeniowa z naszymi 7- i 10-calowymi bomberami. Cel wyznaczony na briefingu. Punkty kontrolne zaprogramowane.

Serce systemu(Briefing): ATAK – Android Team Awareness Kit. Ten sam program, którego używają Ukraińcy na froncie. Intuicyjny. W czasie rzeczywistym widać pozycje, cele, ikony sojuszników. Zero chaosu.

Komunikacja: szyfrowany program open source (wykorzystywany masowo na UA). Nazwy nie podam. Działa. Starlink. Agregat. Stanowisko ładowania. Internet z każdego miejsca.

Maskujemy pojazd. Przebiegamy z ciężkim sprzętem około 150 metrów w odstępach. Żadną zieloną taktyką. Żadnym kluczem. Zieleń teraz nie chroni – zieleń cię zdradza. Drony widzą wszystko.

Dobiegam pierwszy. Atrapa kałacha w rękach. Patrzę w niebo. Nie pod nogi – w niebo. Drony nie przyjdą z ziemi. Sygnał dla drugiego. Trzeciego. Podbiegają ze sprzętem. Sekundy. Na froncie to one decydują, czy reszta zdąży rozstawić stanowisko.

14/15

Rozstawienie anten. Długość kabli. Tablety z ATAKiem. Wybór miejsca lądowania – niewidocznego. Wybór miejsca startu. Anteny ustawione tak, by wzmacniać sygnał na całej trasie. Dystans – nie podam. Powiem tylko: spory.

Start. Agresywny. 700 gramów podwieszonej atrapy – nie 50 jak w X-Frontierze. Czuć od pierwszego ruchu drążkiem. Dron wstaje ciężej, z oporem.

Oko jest już w powietrzu. Na cyfrze. Nad celem. Zoom cyfrowy ustawiony. Nagrywają.

Nawigator prowadzi. Punkty kontrolne. Nos w ziemi – lecę na analogu, widzę tylko pas terenu przed sobą. Łatwo się zgubić. Głos w słuchawce: „Przy starym słupie w prawo. Widzisz przesiekę? Leć wzdłuż niej.”

Każdy wykonuje po dwa zrzuty. Cel zniszczony kilkukrotnie. Oko nagrywa moment uderzenia – potem będzie filmik. Taki sam, jakie setki razy oglądaliśmy na Telegramie. Tylko że teraz to ja lecę. Moje ręce. Mój dron. Moja odpowiedzialność.

Powrót. Na odpowiedniej wysokości, tak by nie dać się wykryć. Wszystkie drony wracają. Wszystkie ładunki zrzucone. Zero strat. Egzamin zdany. Zostaliśmy wyróżnieni przez prowadzącego – za niezniszczony sprzęt i skuteczność przy niszczeniu celu. Na tle innych grup wypadliśmy solidnie.

15/15

Pięć dni. Od lutownicy do symulowanego uderzenia bojowego. Od zera do skutecznego zrzutu na cel oddalony o więcej, niż myślisz. Bez MON-u. Bez systemu. Za własne pieniądze.

Dostałem certyfikat. I naszywkę – Bad Hornet. Będę ją nosił. Z dumą.

I już zapisałem się na jesień. Na kolejny etap. Taki, którego nie ma na stronie internetowej. Jest tylko dla tych, którzy przeszli to szkolenie. Dla tych, którzy chcą iść dalej.

Szkoda tylko – a może nie szkoda, bo to inwestycja w siebie i w bezpieczeństwo tego kraju – że musimy za to płacić sami. Że nawet ludzie związani ze strukturami wojska przyjeżdżają tutaj prywatnie i finansują to z własnej kieszeni.

Dlaczego nas jest tylko garstka?

Dlaczego takich ludzi jak ten instruktor nie wykorzystuje się do szkolenia? Dlaczego nie implementuje się jego wiedzy na poziomie liceów, przysposobienia obronnego? Dlaczego MON nie organizuje skondensowanych ćwiczeń – chociaż 1/10 tego – gdzie instruktorzy przygotowani przez niego wyłuskaliby esencję dla laików?

Dlaczego dobrowolne szkolenie wojskowe trwa miesiąc i można na nim nauczyć się ścielić łóżko, ale nie dodaje się choćby 3 dni na drony? Na pokazanie, z czym to się je. Na zrozumienie, jak wygląda współczesny konflikt.

To musi być efekt skali.

Od podstawówki. Przez licea. Przysposobienie obronne. Dobrowolne szkolenie wojskowe rozszerzone o kilka dni z takimi ludźmi jak ten instruktor – albo z instruktorami przez niego przygotowanymi, bo on sam wszystkiego nie ogarnie, ale może wyszkolić rzesze ludzi, którzy poniosą tę wiedzę dalej. Być może przy powrocie powszechnej służby – ale na nowoczesnych warunkach.

PR jest ważny. Ale zdolności są ważniejsze. Realne odstraszanie to nie tylko F-35 – nie neguję ich, ale to musi być system. A jeśli nie możemy certyfikować całego drona, to dlaczego nie certyfikujemy poszczególnych części? Dlaczego nie dajemy dostępu do open source, żeby można było budować te maszyny z dowolnością, szybko i tanio?

Bartosiak mówił o jednostkach eksperymentalnych 'Babinicz'. Poza MON-em, z wolną ręką i określonym budżetem. Dajcie takiemu charyzmatycznemu dowódcy – komuś z doświadczeniem i charyzmą – rok czasu. Wolną rękę w tworzeniu struktur. Wyszkolcie kilka takich batalionów. A potem sprawdźcie ich w ćwiczeniach z tymi, którzy wypuszczają drony z ręki.

Jak w estońskim ćwiczeniu Hedgehog, gdzie 12 Ukraińców rozniosło dwa bataliony.

Jestem przekonany na sto procent – inwestycja się zwróci. Różnica będzie horrendalna.

A jeśli nie…

To czy naprawdę muszą spaść rakiety na Warszawę, żeby ten system się zmienił? Czy wtedy dopiero się obudzimy?

Bad Hornet out.

#FPV #DronyBojowe #BadHornet #WojskoPolskie

badhornet.pl

Share this Scrolly Tale with your friends.

A Scrolly Tale is a new way to read Twitter threads with a more visually immersive experience.
Discover more beautiful Scrolly Tales like this.

Keep scrolling