Wracam. Pięć dni szkolenia bojowego FPV. Nie pokazowego. Nie reklamowego. Bojowego.
Prowadzący: doświadczony instruktor – człowiek, który ponad rok spędził na froncie w Ukrainie. Służył w 24. Brygadzie Zmechanizowanej, na rocznym kontrakcie w SZU, między 2023 a 2024 rokiem. To brygada, która miała własny oddział droniarzy. Instruktor nie był tam obserwatorem. Walczył. Przeszedł przez okres, gdy konflikt wchodził w zupełnie nową fazę – fazę masowych dronów, walki elektronicznej i taktyki, której nie uczą na żadnej akademii.
Kim jestem? Studentem Bezpieczeństwa Narodowego na Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni. Mam za sobą wszystkie cywilne kursy, jakie są w Polsce dostępne – STS-01, STS-02, kategorie A1, A2, A3. Mam setki godzin nalotu na własnym sprzęcie. Drony to moja zajawka od lat.
Na początku myślałem o kursie na Ukrainie. Szukałem szkolenia z zastosowania dronów bojowych. Ale realia – praca, studia, logistyka – sprawiły, że to byłoby bardzo trudne. Wtedy znalazłem jedyny taki kurs w Polsce. U jedynej osoby, która miała realne, udokumentowane doświadczenie z frontu. I to był strzał w dziesiątkę. Chcę wam o tym opowiedzieć. I zadać kilka pytań, które od pięciu dni nie dają mi spać.
2/15
Miejsce: Wielkopolska. Prywatna strzelnica. Więcej nie zdradzę – OPSEC obowiązuje.
Zakwaterowanie: proste, funkcjonalne. Do dyspozycji łazienki, kuchnia. To dla mnie ważne, bo jestem na diecie ketogenicznej – mogłem przywieźć swoje produkty i gotować normalnie, nie wychodząc z rygoru. Inni uczestnicy zamawiali obiady w lokalnej agroturystyce – codziennie inne, duże porcje, za małe pieniądze. Każdy miał opcję pod siebie.
Ale to wzniesienie, na którym stoimy, nie zostało wybrane dla widoków. To moreny czołowe – polodowcowe pagórki. Dowiedziałem się o tym w trakcie szkolenia i dopiero ostatniego dnia w pełni zrozumiałem, jakie to ma znaczenie. Radiohoryzont. Zasięg anten. Możliwość lotu na dystans bez utraty sygnału. Prowadzący nie wybiera miejsc na odpierdol. Każdy metr terenu jest przemyślany pod kątem taktycznym.
Przyjechałem wieczorem. Cisza. Spokój. Ostatnia noc przed burzą.
3/15
Dzień pierwszy. Pobudka. Mały trucht do lasu – zaprawa na własną rękę. Prysznic. Start.
Siadamy do potężnego stołu. Dwie lutownice. Masa części wysypana z wielkich, budowlanych skrzyń – ponoć najlepszych do przechowywania sprzętu dronowego. Zaczynamy od podstaw. Czym jest dron? Jakie są rodzaje ram? Co to ESC, FC, kontroler lotu? Jakie materiały wykorzystuje się do budowy?
Ale nie jest to sucha teoria. Od pierwszej minuty pada kluczowe pytanie: jaką misję planujesz? Bo budowa drona zaczyna się od planowania misji. Zależy, jaki cel – taki ładunek. Zależy, jaki dystans – taki odbiornik. Zależy, jaka misja – taki dron.
I od razu wjeżdża fundamentalna sprawa: analog vs cyfra. Cyfra – tylko do zwiadu. Analog – do lotów bojowych. Dlaczego? Bo analog trudniej zakłócić. Nawet pod wpływem rosyjskiego REB masz szansę rozpoznać cel i doprowadzić maszynę. Cyfra przy zakłócaniu po prostu zamiera. Na froncie to różnica między trafieniem a stratą drona i pozycji. Zero dyskusji.
4/15
Jeszcze pierwszego dnia dostajemy podstawowy podział: dwie kategorie lotów bojowych, dwa różne typy dronów.
Bomber – dron, który niesie ładunek i go uwalnia. Może wrócić, może uderzyć ponownie.
Kamikadze – FPV z ładunkiem przymocowanym na stałe, który uderza razem z maszyną.
I teraz ciekawostka, która rozwala wyobrażenie z social mediów. W oddziale prowadzącego w 24. Brygadzie większość lotów bojowych to były bombowce, nie kamikadze.
Dlaczego?
Po pierwsze: dobór ładunku. Lecisz na budynek – bierzesz coś innego. Na pojazd – coś innego. Na piechotę – jeszcze inaczej. Bomber daje elastyczność, której kamikadze nie ma.
Po drugie: możliwość wielokrotnego uderzenia w ten sam cel. Niektóre budynki były rażone kilkukrotnie. Metodycznie. Od dachu do samej piwnicy. Aż wróg przestawał w nich istnieć.
Lot bomberem jest znacznie trudniejszy niż kamikadze. Trzeba dolecieć, wypozycjonować maszynę, zrzucić ładunek z odpowiedniej wysokości i pod odpowiednim kątem – i wrócić. Kamikadze jest prostszy w trafieniu. Ale dron już nie wraca. Bomber jest droższy w budowie, ale bardziej uniwersalny taktycznie.
Prowadzący: „Kamikadze jest fajny na filmik. Ale wojny nie wygrywa się filmikami.”
5/15
I właśnie. Te filmiki.
One nie nagrywają się same. Kurwa, nie.
Za każdym nagraniem, które oglądasz na Telegramie czy Twitterze, stoi praca rzeszy ludzi. Obserwacja. Logistyka. Zabezpieczenie. Wybór miejsca na wzniesieniu, z radiohoryzontem, między hałdami, bez przeszkód terenowych. Maskowanie auta.
A najniebezpieczniejsze w tym wszystkim? Dojazd i odjazd z pozycji.
Nie ma rotacji. Nie ma „nie wyszło, wracamy”. Jedzie się i zostaje. Wszystko trzeba zabrać ze sobą. Nie można niczego zapomnieć. Jeden błąd w logistyce i misja odpada. Albo gorzej.
To, co wygląda na solo popis operatora, jest efektem pracy całego systemu. I to budzi prawdziwy respekt. Nie ten z TikToka.
6/15
Dzień drugi. Pobudka. Krótka zaprawa. Start.
Kończymy budowę dronów. Montujemy mechanizmy zrzutowe. Dobieramy skrzydła. Skręcamy ramy. Poprawiamy lutowania, jeśli coś nie styka. Każdy element musi być na sztywno, żaden kabel nie może wisieć.
Wchodzimy w software. Betaflight i INAV – dwa główne systemy. Sprawdzamy rotację silników. Sygnał wideo. Konfigurujemy pod konkretne misje. Kto nie siedział wcześniej w konfiguratorze, ten ma teraz oczy szeroko otwarte. To już nie jest składanie klocków. To programowanie narzędzia, które ma wykonać zadanie.
I wchodzimy w temat paliwa. Baterie. LiPo i Li-ion. Podstawy obsługi już były, teraz praktyka. Ładowanie. Sprawdzanie napięcia na ogniwie. Ile bateria powinna mieć. Jak pojemność przekłada się na czas lotu w misji bojowej. Szczegółów nie podam – to wiedza dla uczestników. Ale powiem tyle: planowanie misji zaczyna się od baterii. Dystans, ładunek, czas – wszystko stoi na ogniwach.
Dzień drugi zamykamy z kilkoma w pełni sprawnymi dronami. 5, 7, 10 cali. Zbudowanymi od zera, z części. I z bateriami gotowymi do akcji.
7/15
Dzień trzeci. Po śniadaniu pakujemy sprzęt.
Ostatnie sprawdzenie pod software'em. Nie jedno. Kilkukrotne. Bo każdy wyjazd na pozycję traktuje się tu jak realny wyjazd bojowy. Zero ulgi. Zero „na sucho”.
Zabieramy wszystko: kable, przedłużki, baterie, paliwo, ekran do obserwacji, gogle, różne rodzaje dronów, lądowisko. Lista jak przed misją. Nic nie może zostać.
Wybieramy miejsce. Dobre pod radiohoryzont. Z opcją miękkiego lądowania w razie awarii. Nikt nie chce rozwalić sprzętu przy pierwszym locie.
Jest stres. Lekki, ale jest. Jedziemy testować maszyny. Kilka godzin w polu.
Niektóre drony okazały się błędnie skonfigurowane. Mimo wielokrotnego sprawdzania. Coś przegapiliśmy. To normalne – po to są testy. Wracamy do stołu. Oprogramowanie. Odlutowywanie. Przelutowywanie. Wymiana skrzydeł. Żaden dron nie ucierpiał. Prowadzący podkreślił, że nasza grupa trzyma naprawdę wysoki poziom.
Pod koniec dnia wjeżdża WRE – walka elektroniczna. Jak Rosjanie zakłócają sygnał. Jak stopniują zasięg, żeby nie zostać wykrytym. Jakie błędy popełniali na froncie. Mieliśmy dowody na filmach – ale to tylko dla uczestników. Nawet nie będę udawał, że powiem więcej. Powiem tylko: to, co myślisz o lataniu pod zakłóceniami, jest prawdopodobnie błędne.
8/15
Na tym etapie – po trzech dniach – już wiedziałem.
To, co przechodzimy tutaj, ma się nijak do deklaracji Wojska Polskiego. Do reklamówek z zamaskowanymi żołnierzami wypuszczającymi drony z ręki na tle lasu.
Po pierwsze: na froncie nie można wyjść na siku. Ani na papierosa. Skrajówki? Zapomnijcie.
Po drugie: na Ukrainie nie wypuszcza się drona z rąk. Widzieliśmy filmy nakręcone przez ludzi z brygady prowadzącego. Gdzie takie akcje kończą się śmiercią. Dosłownie.
Antenę wystawia się na kablu. Operator schodzi ileś metrów pod ziemię. Cała wojna przeniosła się pod poziom gruntu. Wyjście na pozycję oznacza: nie wychodzisz na zewnątrz. Bo to kończy się śmiercią.
Filmik, który dobrze wygląda – zamaskowany żołnierz na tle lasu – mija się z celem. To następna defilada. Ładna. I martwa.
9/15
Nadal przygotowujemy się do całkiem innej wojny.
Legacy systems. Platformy. Defilady. To wszystko ma się nijak do tego, co widzę tutaj.
To jest wojna Cyberpunk. Mad Max. Robią wszystko z wszystkiego. Wykorzystują rozbite rosyjskie drony. Rosjanie budują Mołnie ze sklejki, drony z aluminium – tanie, śmiertelnie skuteczne. Rzeźbione ręcznie elementy, które zabijają.
A teraz konkret, który powinien dać do myślenia każdemu, kto wydaje nasze pieniądze na obronność. Śmiercionośny dron przez nas zbudowany – 10 cali, z mechanizmem zrzutowym – kosztuje 2000 złotych. Dwa tysiące.
Jak to się ma do X-Frontera z WB Electronics? Do Gladiusa? Do Warmate'a? Do FlyEye'a?
Zestaw Warmate jest bardzo drogi a głowice śmiesznie małe. Procedura startu trwa 10 minut – sprawdzenie klap, awioniki, rozłożenie stanowiska. Potrzebujesz szczerego pola bez przeszkód. Przez te 10 minut jesteś trzy razy zneutralizowany – artylerią albo wrogimi dronami. Widziałem setki filmów. Takie procedury kończą się eliminacją.
X-Fronter ma głowicę 50 gramów. 50 gramów. Widziałem bombowce zrzucające trotyl z zapalnikiem ważący około kilograma. To robi robotę. Nie 50 gramów. Więc wychodzi na to że PL żołnierz ma mieć personalnego latającego granata za ok. 250 tys zł?
Liczy się koszt-efekt. A tu jest przepaść.
10/15
Dzień czwarty. Taktyka. Sedno roboty droniarza.
Planowanie misji. Załadunek i wyładunek sprzętu. Logistyka – jak to robić sprawnie, bez strat. Na co uważać? Na lokalsów. Na zastawione pułapki. Nic nie brać w rękę – nigdy. Rosjanie potrafili zostawiać miny-pułapki w zabawkach. Ukraińcy również. W reklamówkach? Tego nie ruszam. Szczegółów nie podam. Ale jest tego masa i to jest wiedza, która ratuje życie.
Radiohoryzont. Dobieranie punktów startu na etapie planowania – nie na czuja, tylko na mapie, z analizą terenu. Współpraca ze sztabem. Jeden kilometr frontu obsługuje batalion – około 300 ludzi. W tym batalionie kilkudziesięciu droniarzy, zwiadowców, grupa bojowa wspierająca piechotę. To system. Nowa taktyka wojny.
Symulacje taktyczne. Zajeżdżanie na wybór miejsca. Jak wygląda rozładunek. Załadunek. Logistyka w praktyce.
I obraz tej wojny: Baby Jagi – ciężkie wielowirnikowce z ładunkiem, które latają nocą. Żduny – drony lądowe. Drony logistyczne. Bo teraz nie ma miejsca na BWP. Konwój na pierwszą linię nie dojeżdża – dron ma szansę.
Ewakuacja rannego? Jeśli jesteś ranny na otwartym polu, ewakuacja najczęściej kończy się śmiercią – twoją i tych, którzy próbują cię wyciągnąć. Punkt ewakuacyjny jest 10 km za frontem. Strefy śmierci się poszerzają.
Noc już nie jest przeszkodą. Noc nie jest już osłoną dla ruchu wojsk. Termowizja widzi wszystko. Drony działają 24 godziny na dobę. Widziałem filmiki, gdzie dosłownie trzy czy cztery drony odpierały cały szturm w pięć minut. Piechota zawijała się, czołgając, nie zabierając nawet rannych. Reszta umierała. Szturm odparty. 5 minut. To nie przyszłość. To teraźniejszość.
Mała ciekawostka: „Baba Jaga” to nazwa od Rosjan. W rosyjskiej baśni Baba Jaga latała nocą i zabierała niegrzeczne dzieci. Tu też lata nocą. I też zabiera niegrzeczne dzieci. Tylko rosyjskie.
11/15
Czwarty dzień to też finalne szlify sprzętu.
Po testach z dnia trzeciego wiemy, co działało, a co nie. Tuning. Nastawy. Filtrowanie. Przypisywanie funkcji pod konkretne klawisze na sterowniku – tak, żeby w locie nie myśleć, tylko działać.
Poprawiamy drony, które trzeciego dnia zawodziły. Nie ma już miejsca na błędy. Montujemy systemy zrzutowe.
I wyjeżdżamy na punkt. Z obciążeniem.
Lot z obciążeniem to całkiem inna bestia. Atrapa waży 600-700 gramów. Dron zachowuje się inaczej – bezwładność, balans, reakcja na gaz. Wszystko przesunięte. Lecimy na cel. Zrzut. Trafienie. To nie jest latanie po prostej. To symulacja bojowa dronem typu bomber.
Teraz coś, co niech zabrzmi jako dowód, nie przechwałka. Wszystkie loty – moje i wszystkich uczestników – zakończyły się bez uszczerbku na sprzęcie. Żaden dron nie wrócił rozbity. U mnie: każdy lot próbny zakończył się zrzutem do koła o średnicy opony. Godziny nalotu zrobiły swoje. Motogodziny na prywatnym sprzęcie. Kursy STS. Wszystko, co robiłem cywilnie, zaprocentowało tutaj.
Wieczorem przegląd sytuacji krytycznych. Filmy z frontu. Jak kończą się błędy. Jak kończy się startowanie z ręki – to nie są reklamówki, tylko nagrania, gdzie operator przestaje istnieć. Brutalność wojny. Dowody, że liczy się koszt-efekt. I że nie ma miejsca na drony „do wszystkiego” z głowicą 50 gramów.
Na koniec dnia – szkolenie saperskie. I zasady bezpieczeństwa przy krążącej amunicji. Tu już nie ma żartów. Jesteś odpowiedzialny za siebie i towarzyszy. Jeden błąd i nie wracasz do domu. Albo nie wracają oni. Żadnych szczegółów nie podam. Powiem tylko: jeśli myślisz, że wiesz, jak wygląda ładunek podwieszany pod dronem, to prawdopodobnie nie wiesz nic.
12/15
Prowadzący opowiadał anegdotę. Widziałem to na filmie.
Chodzi o pomysłowość. O to, jak przechytrzyć wroga. Cel jest jeden – wyeliminowanie przeciwnika. W jaki sposób to zrobisz? To nie jest podręcznikowa taktyka. To partyzantka. Maskowanie. Improwizacja.
Przykład. Mieli tylko trzy drony na pozycji. Przyjechali rano. Dwa zostały zakłócone i zniszczone przez wrogie FPV. Został jeden bomber. Też został trafiony zakłóceniami WRE. Są procedury wyjścia z takich sytuacji – nie będę ich opisywał. Ale przez nie lot się wydłużył. Baterii nie starczyło. Dron wylądował 500 metrów od domku, w którym stacjonowali.
500 metrów. 3 minuty marszu w jedną stronę. W strefie, gdzie wszystko chce cię zabić.
I teraz: wyjść w kamuflażu? Pewna śmierć. Drony widzą wszystko. Prowadzący podjął decyzję. Znalazł w miejscu, gdzie stacjonowali, jakieś damskie ciuchy. Przebrał się za starą babuszkę. I wyszedł po tego drona.
Szedł przebrany. Słyszał nad sobą dźwięki wrogiego drona. Serce w gardle. Dron go zauważył. Zawisł. Obserwował. I operatorzy po drugiej stronie stwierdzili: nie będą marnować maszyny na jakąś starą babcię. Odlecieli.
Dotarł do drona. Wrócił. Dokończył misję.
To nie jest anegdota z kabaretu. To jest przykład myślenia operacyjnego. Elastyczności. I tego, jak teraz wygląda ten konflikt. Tam, gdzie zawodzi technologia i procedury, zostaje głowa na karku.
13/15
Dzień piąty. Egzamin.
Pobudka jeszcze wcześniej. Pakowanie sprzętu. Nie ma prawa na pomyłki. Każdy sprawdza siebie dwa razy. Potem ja sprawdzam kolegę, kolega sprawdza mnie. Na końcu dowódca. Dwie drużyny: „Oko” – zwiadowcy z dronem Autel. I my – „Ropuchy”, grupa uderzeniowa z naszymi 7- i 10-calowymi bomberami. Cel wyznaczony na briefingu. Punkty kontrolne zaprogramowane.
Serce systemu(Briefing): ATAK – Android Team Awareness Kit. Ten sam program, którego używają Ukraińcy na froncie. Intuicyjny. W czasie rzeczywistym widać pozycje, cele, ikony sojuszników. Zero chaosu.
Komunikacja: szyfrowany program open source (wykorzystywany masowo na UA). Nazwy nie podam. Działa. Starlink. Agregat. Stanowisko ładowania. Internet z każdego miejsca.
Maskujemy pojazd. Przebiegamy z ciężkim sprzętem około 150 metrów w odstępach. Żadną zieloną taktyką. Żadnym kluczem. Zieleń teraz nie chroni – zieleń cię zdradza. Drony widzą wszystko.
Dobiegam pierwszy. Atrapa kałacha w rękach. Patrzę w niebo. Nie pod nogi – w niebo. Drony nie przyjdą z ziemi. Sygnał dla drugiego. Trzeciego. Podbiegają ze sprzętem. Sekundy. Na froncie to one decydują, czy reszta zdąży rozstawić stanowisko.
14/15
Rozstawienie anten. Długość kabli. Tablety z ATAKiem. Wybór miejsca lądowania – niewidocznego. Wybór miejsca startu. Anteny ustawione tak, by wzmacniać sygnał na całej trasie. Dystans – nie podam. Powiem tylko: spory.
Start. Agresywny. 700 gramów podwieszonej atrapy – nie 50 jak w X-Frontierze. Czuć od pierwszego ruchu drążkiem. Dron wstaje ciężej, z oporem.
Oko jest już w powietrzu. Na cyfrze. Nad celem. Zoom cyfrowy ustawiony. Nagrywają.
Nawigator prowadzi. Punkty kontrolne. Nos w ziemi – lecę na analogu, widzę tylko pas terenu przed sobą. Łatwo się zgubić. Głos w słuchawce: „Przy starym słupie w prawo. Widzisz przesiekę? Leć wzdłuż niej.”
Każdy wykonuje po dwa zrzuty. Cel zniszczony kilkukrotnie. Oko nagrywa moment uderzenia – potem będzie filmik. Taki sam, jakie setki razy oglądaliśmy na Telegramie. Tylko że teraz to ja lecę. Moje ręce. Mój dron. Moja odpowiedzialność.
Powrót. Na odpowiedniej wysokości, tak by nie dać się wykryć. Wszystkie drony wracają. Wszystkie ładunki zrzucone. Zero strat. Egzamin zdany. Zostaliśmy wyróżnieni przez prowadzącego – za niezniszczony sprzęt i skuteczność przy niszczeniu celu. Na tle innych grup wypadliśmy solidnie.
15/15
Pięć dni. Od lutownicy do symulowanego uderzenia bojowego. Od zera do skutecznego zrzutu na cel oddalony o więcej, niż myślisz. Bez MON-u. Bez systemu. Za własne pieniądze.
Dostałem certyfikat. I naszywkę – Bad Hornet. Będę ją nosił. Z dumą.
I już zapisałem się na jesień. Na kolejny etap. Taki, którego nie ma na stronie internetowej. Jest tylko dla tych, którzy przeszli to szkolenie. Dla tych, którzy chcą iść dalej.
Szkoda tylko – a może nie szkoda, bo to inwestycja w siebie i w bezpieczeństwo tego kraju – że musimy za to płacić sami. Że nawet ludzie związani ze strukturami wojska przyjeżdżają tutaj prywatnie i finansują to z własnej kieszeni.
Dlaczego nas jest tylko garstka?
Dlaczego takich ludzi jak ten instruktor nie wykorzystuje się do szkolenia? Dlaczego nie implementuje się jego wiedzy na poziomie liceów, przysposobienia obronnego? Dlaczego MON nie organizuje skondensowanych ćwiczeń – chociaż 1/10 tego – gdzie instruktorzy przygotowani przez niego wyłuskaliby esencję dla laików?
Dlaczego dobrowolne szkolenie wojskowe trwa miesiąc i można na nim nauczyć się ścielić łóżko, ale nie dodaje się choćby 3 dni na drony? Na pokazanie, z czym to się je. Na zrozumienie, jak wygląda współczesny konflikt.
To musi być efekt skali.
Od podstawówki. Przez licea. Przysposobienie obronne. Dobrowolne szkolenie wojskowe rozszerzone o kilka dni z takimi ludźmi jak ten instruktor – albo z instruktorami przez niego przygotowanymi, bo on sam wszystkiego nie ogarnie, ale może wyszkolić rzesze ludzi, którzy poniosą tę wiedzę dalej. Być może przy powrocie powszechnej służby – ale na nowoczesnych warunkach.
PR jest ważny. Ale zdolności są ważniejsze. Realne odstraszanie to nie tylko F-35 – nie neguję ich, ale to musi być system. A jeśli nie możemy certyfikować całego drona, to dlaczego nie certyfikujemy poszczególnych części? Dlaczego nie dajemy dostępu do open source, żeby można było budować te maszyny z dowolnością, szybko i tanio?
Bartosiak mówił o jednostkach eksperymentalnych 'Babinicz'. Poza MON-em, z wolną ręką i określonym budżetem. Dajcie takiemu charyzmatycznemu dowódcy – komuś z doświadczeniem i charyzmą – rok czasu. Wolną rękę w tworzeniu struktur. Wyszkolcie kilka takich batalionów. A potem sprawdźcie ich w ćwiczeniach z tymi, którzy wypuszczają drony z ręki.
Jak w estońskim ćwiczeniu Hedgehog, gdzie 12 Ukraińców rozniosło dwa bataliony.
Jestem przekonany na sto procent – inwestycja się zwróci. Różnica będzie horrendalna.
A jeśli nie…
To czy naprawdę muszą spaść rakiety na Warszawę, żeby ten system się zmienił? Czy wtedy dopiero się obudzimy?
Tytuł: Od Katedry do Użhorodu. Archipelag powiązań w sercu państwa?
Tweet 1/17 – Wstęp i Mapa powiązań
Zanim zaczniemy – jestem studentem bezpieczeństwa narodowego i od pewnego czasu obserwuję mechanizmy radykalizacji i infiltracji instytucji państwowych przez obce ideologie. Zebrałem zweryfikowaną wiedzę, która wskazuje na jeden, spójny system powiązań. Nie będzie tu publicystyki – będą fakty, cytaty i powiązania.
Mapa powiązań: od katedry do Użhorodu.
Wyobraźmy sobie mapę Polski, na której zamiast dróg zaznaczamy przepływ radykalnych idei. Łączymy na niej dwie katolickie uczelnie – Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego (UKSW) w Warszawie i Akademię Ignatianum w Krakowie – oraz Uniwersytet Mikołaja Kopernika (UMK) w Toruniu, podpalony budynek na ukraińskim Zakarpaciu, salę Dumy Państwowej w Moskwie i sejmową mównicę w Warszawie. To, co dla postronnego obserwatora jest zbiorem odległych od siebie incydentów – kontrowersyjny profesor, niszowe pismo, grupka bojówkarzy – po nałożeniu na siebie faktów, dat i nazwisk ukazuje spójny, niepokojący obraz zintegrowanego środowiska wpływu.
Przez lata wmawiano nam, że polski ekstremizm to margines – prymitywni mężczyźni w ortalionach, którzy okazjonalnie wznoszą wulgarne okrzyki na stadionach. Ten obraz był wygodną zasłoną dymną. Prawdziwy ekstremizm nie nosi podróbki wojskowej kurtki. On nosi profesorską togę. Wykłada na szanowanych uniwersytetach, publikuje recenzowane monografie naukowe, recenzuje doktoraty i habilitacje. Jego bronią nie jest pałka, ale autorytet naukowy i dostęp do umysłów młodych ludzi.
Ta nitka jest mapą właśnie takiego środowiska. Środowiska, które łączy katedrę profesorską na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego (UKSW) w Warszawie z głośną akcją sabotażową, jaką była próba podpalenia siedziby węgierskiej mniejszości w Użhorodzie na Ukrainie. Łączy sale wykładowe Akademii Ignatianum w Krakowie z mównicą w rosyjskiej Dumie Państwowej i z sejmową mównicą w Warszawie. To środowisko ma swój ideowy sztab – kwartalnik „Templum Novum”, którego radę honorową tworzą profesorowie trzech polskich uczelni, a łamy zapełniają czynni akademicy z UKSW i Ignatianum. Ma swój model finansowy – oparty na państwowych etatach, publicznych zbiórkach (m.in. Zrzutka.pl na działalność Klubu im. Romana Dmowskiego i telewizji „Chrobry Szlak”) oraz na sprzedaży literatury o charakterze skrajnie prawicowym. Ma swoje radykalne ramię uliczne – organizację Falanga. I ma swoje polityczne ramię – w osobie Grzegorza Brauna.
Jest w tej układance jeden element, który spina to wszystko w jedną, spójną całość. To postać Léona Degrelle'a – belgijskiego kolaboranta Hitlera, dowódcy walońskich oddziałów Waffen-SS, skazanego zaocznie na karę śmierci za zdradę. To właśnie sprzedaż jego książek przez redaktora naczelnego „Templum Novum”, pracownika polskiego IPN (źródło: templumnovum.pl), jest dowodem koronnym w tej sprawie. Dowodem na to, że to środowisko nie tylko głosi idee – ono na nich zarabia, a następnie wprowadza je w czyn.
📚 Teologia Kata: ideologiczny fundament prof. Adama Wielomskiego.
Aby zrozumieć decyzje i sojusze, które prof. Adam Wielomski zawiera dzisiaj, musimy sięgnąć do fundamentów jego myśli. Nie znajdziemy ich w publicystyce, ale w jego własnych, naukowych książkach, publikowanych jako dorobek pracownika UKSW. Kluczem jest jego wieloletnia fascynacja filozofią Josepha de Maistre'a, sabaudzkiego myśliciela, który stworzył jedną z najbardziej bezwzględnych apologii przemocy w dziejach Zachodu.
W monografii „Od grzechu do apokatastasis. Historiozofia Josepha de Maistre'a” Wielomski nie analizuje de Maistre'a z chłodnym dystansem historyka. On go afirmuje. Z podziwem pochyla się nad koncepcją, którą sam nazywa „teologią kata”. Dla de Maistre'a, a za nim dla Wielomskiego, cały ład społeczny jest kruchy. Człowiek, skażony grzechem pierworodnym, jest istotą z natury złą i anarchiczną. Jedyną siłą zdolną powstrzymać go przed pogrążeniem się w chaosie jest absolutny, budzący zwierzęcy strach, państwowy terror.
Kluczowy cytat, który Wielomski przywołuje i afirmuje jako fundament politycznego realizmu, pochodzi z „Wieczorów petersburskich” de Maistre'a: „Cała wielkość, cała władza, cały ład opierają się na kacie: on jest postrachem i więzią ludzkiej społeczności. Usuńcie z świata ten niepojęty czynnik, a w jednej chwili porządek ustąpi miejsca chaosowi, rządy upadną i społeczeństwo zginie”.
Dla Wielomskiego kat nie jest smutną koniecznością czy reliktem przeszłości. Jest esencją polityki, a strach przed nim – jedynym spoiwem społecznym. W tej wizji nie ma miejsca na umowę społeczną, prawa człowieka czy demokratyczne procedury. Jest tylko suweren dzierżący miecz i poddani drżący przed jego ostrzem. To pierwszy filar, który tłumaczy, dlaczego Wielomski z taką łatwością odrzuca demokrację liberalną jako ułudę i fasadę.
⚖️ Decyzja ponad prawem: Carl Schmitt i odrzucenie demokracji.
Drugim filarem ideologicznym jest głęboka fascynacja myślą Carla Schmitta – niemieckiego prawnika, który w 1933 roku wstąpił do NSDAP i dostarczał reżimowi Hitlera teoretycznego uzasadnienia dla likwidacji demokracji. Wielomski poświęcił mu monografię „Katolik – Prusak – Nazista. Sekularyzacja w biografii ideowej Carla Schmitta”. Już sam tytuł jest znaczący: sugeruje, że droga od katolicyzmu do poparcia nazizmu jest logicznym, a nawet koniecznym procesem intelektualnym.
Sedno myśli Schmitta, które Wielomski z aprobatą wykłada, zawiera się w zdaniu: „Suwerenny jest ten, kto decyduje o stanie wyjątkowym”. Dla Schmitta prawdziwa polityka nie polega na debacie czy kompromisie. To jest przykrywka dla słabych. Prawdziwa polityka to rozróżnianie przyjaciela i wroga, a suwerenność to zdolność do podjęcia decyzji poza i ponad obowiązującym prawem. Dyktatura, która zawiesza prawo w imię wyższej konieczności, jest esencją polityczności.
Wielomski w swoich analizach liberalizmu pisze z nieskrywaną niechęcią: „Konserwatysta katolicki liberalizm postrzega jako produkt zlaicyzowanego anglosaskiego purytanizmu (...). Liberalizm gospodarczy to rodzaj purytańskiej teologii ekonomicznej, stanowiącej próbę likwidacji polityczności”. Jeśli liberalny Zachód jest wrogiem, a polityka to tylko gra o władzę oparta na sile, to naturalnym sojusznikiem staje się każdy, kto ten Zachód kontestuje – nawet jeśli jest to Kreml. To właśnie na tym fundamencie wyrosnąć może akceptacja dla takich figur jak Degrelle, który z bronią w ręku walczył z „demoliberalnym” Zachodem u boku Hitlera.
🇷🇺 Koszulka z Putinem: od teorii do geopolitycznego wyboru.
Kolejni intelektualiści mogą latami opisywać autorytarne pokusy w abstrakcyjnych kategoriach. Profesor Wielomski postanowił zamanifestować swój wybór w sposób dosadny. W 2016 roku polską sieć obiegło zdjęcie, na którym profesor UKSW dumnie pozuje w białej koszulce z wielkim, uśmiechniętym wizerunkiem Władimira Putina. To zdjęcie nie było przypadkowym żartem. Było logiczną konsekwencją i manifestacją całej opisanej wyżej drogi ideowej.
Jeśli suwerenem jest ten, kto decyduje o stanie wyjątkowym, to Putin – ze swoją pionową władzą, bezpardonową walką z opozycją i imperialną polityką – jest idealnym wcieleniem schmittowskiego władcy. Jeśli Zachód to „zgniły”, „purytański” wróg, to Rosja staje się naturalnym partnerem. Dla ukraińskich think-tanków monitorujących rosyjską wojnę hybrydową w Europie prof. Wielomski od dawna figuruje na listach osób niebezpiecznych dla bezpieczeństwa regionu. To klasyfikacja, którą sam Wielomski – swoją publicystyką i przede wszystkim tym zdjęciem – w pełni potwierdził.
Tweet 2/17 – Pomost do radykalizmu i wspólna platforma
🔍 Pomost do radykalizmu: Ronald Lasecki i jego sieć.
Dotychczasowa analiza mogłaby sugerować, że prof. Wielomski jest odosobnionym, ekscentrycznym akademikiem. Nic bardziej mylnego. Jest on centralnym punktem rozległej sieci, a kluczowym pomostem między jego światem a światem radykalnych bojówek jest Ronald Lasecki. To ideolog nowej prawicy, otwarty, zadeklarowany wielbiciel Aleksandra Dugina – głównego filozofa rosyjskiego imperializmu i twórcy koncepcji „euroazjatyzmu”, która zakłada zniszczenie ładu opartego na państwach narodowych i dominacji USA oraz zbudowanie Imperium Eurazji od Lizbony po Władywostok, z osią w Moskwie.
Lasecki sam, na swoim oficjalnym profilu autorskim, wymienia miejsca swoich publikacji. Na tej liście widnieją m.in. miesięcznik i portal „Chrobry Szlak” oraz portal „Myśl Polska”. To są deklaracje, które łączą go z resztą układanki w sposób jawny i niepodważalny. W tej układance będzie on pełnił rolę łącznika między uniwersytecką katedrą a redakcją pisma, które sprzedaje książki Degrelle'a.
📺 Wspólna platforma: „Chrobry Szlak” jako scena.
Lasecki deklaruje „Chrobry Szlak” jako swoje stałe miejsce publikacji. A teraz wyobraźmy sobie, że wchodzimy na kanał YouTube „Chrobrego Szlaku”. Kogo tam widzimy jako regularnego gościa, twarz wielu programów i komentatora? Prof. Adama Wielomskiego z UKSW. Występuje on tam u boku Kamila Klimczaka, prowadząc programy i wygłaszając wykłady o „upadku hegemonii Zachodu” i „imperializmie amerykańskim”.
To nie jest tak, że Wielomski „udzielił wywiadu” medium, o którym nic nie wie. On jest twarzą tego medium, jego stałym, etatowym komentatorem, budującym jego wiarygodność swoim profesorskim tytułem. Medium to jest zaś otwarcie deklarowanym przez Laseckiego kanałem dotarcia do odbiorców. Ta wspólna platforma medialna łączy profesora państwowego uniwersytetu i ideologa zafascynowanego rosyjskim imperializmem. To nie jest przypadek. To jest wspólne miejsce pracy. To właśnie na takiej platformie można potem reklamować wydawnicze przedsięwzięcia, obejmujące choćby dzieła Degrelle'a.
Tweet 3/17 – Archeologia sieci i historyczny wzorzec
🌐 Archeologia sieci: archiwalne fora jako wspólny korzeń.
Ta medialna symbioza nie narodziła się wczoraj. Ma swoje korzenie w historii polskiego internetu. Analiza archiwalnych forów dyskusyjnych o profilu kontrrewolucyjnym i legitymistycznym pokazuje ich wspólny, hermetyczny świat sprzed lat. Na jednym z takich forów, w tych samych sekcjach dyskusyjnych, jako autorzy ostatnich postów widnieją obok siebie: Ronald Lasecki (jako aktywny moderator i uczestnik) oraz Adam Danek.
Kim jest Adam Danek? To politolog i publicysta, od lat bliski współpracownik prof. Adama Wielomskiego, jego partner w licznych przedsięwzięciach wydawniczych i intelektualnych. Obecność Danka i Laseckiego, ramię w ramię, na tym samym niszowym, zamkniętym forum to dowód, że te dwa światy – „akademicki” świat Wielomskiego i Danka oraz „radykalny” świat Laseckiego – od lat stanowiły jedno, zintegrowane środowisko towarzysko-intelektualne. To tam się dotarto, to tam zbudowano wspólny język i wspólny pogląd na „zasługi” takich figur jak Degrelle, zanim zaczęto razem publicznie sprzedawać jego książki.
🧭 Historyczny wzorzec: fascynacja Bolesławem Piaseckim i PAX-em.
Aby w pełni zrozumieć logikę tego środowiska, trzeba poznać jego historyczne fascynacje. Profesor Wielomski nie ukrywa swojego podziwu dla Bolesława Piaseckiego. Dla niewtajemniczonych: Piasecki to przedwojenny lider faszystowskiego Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga”. Po 1945 roku dokonał szokującego woltu: zaoferował swoje usługi nowej, komunistycznej władzy, tworząc Stowarzyszenie PAX – koncesjonowaną przez Moskwę i NKWD organizację katolików świeckich, która atakowała niezależny Kościół. Dla powojennej opozycji był symbolem narodowej zdrady.
Dla prof. Wielomskiego jest to jednak „wzór realizmu geopolitycznego”. Na portalu Konserwatyzm.pl pisze wprost: „Rozumiał to śp. B. Piasecki ze swoim pomysłem pt. 'PAX'. (...) dokonaliśmy jako naród złego wyboru. Przeanalizujmy, zrozummy, ale nie racjonalizujmy złego wyboru”. „Zły wybór” to walka o niepodległość i orientacja na Zachód. „Dobry wybór” to lojalność wobec Wschodu, nawet jeśli jest on totalitarnym imperium.
To jest dokładnie ta sama logika, która pozwala gloryfikować Degrelle'a. Piasecki kolaborował ze Wschodem, Degrelle z Zachodem III Rzeszy. Dla tego środowiska nie ma różnicy – obaj są „rycerzami” w słusznej walce przeciwko liberalnej demokracji. To ideologia, która uzasadnia każdą formę kolaboracji, byle była wymierzona w Zachód
UZUPEŁNIENIE ŚLEDZTWA. MACIEJCZUK TO NIE SAMOTNY WILK – ELEMENT REGIONALNEJ SIATKI SWR?
Wczorajsza nitka była dopiero początkiem. W trakcie śledztwa wpłynęły kolejne dowody. Wszystkie nowe informacje opieram wyłącznie na publicznych źródłach i screenach. Oto one.
1. „Nie uważam go za wiarygodnego” – polskie media odcinają się od Maciejczuka
W wywiadzie dla Szarija twierdziłeś, że polskie redakcje niesłusznie odrzuciły Twoje teksty. Dziś ujawniam dowód, że powody były znacznie poważniejsze.
Gdy w październiku 2018 roku Onet opublikował wywiad z liderem separatystów Denisem Puszylinem, Twoje nazwisko widniało tam obok Marcina Wyrwała. Po jednym dniu materiał zniknął z portalu. Redaktor naczelny Onetu Bartosz Węglarczyk wyjaśnił wprost: „Nie uważam go za na tyle wiarygodnego, by mógł być naszym autorem”.
To oficjalne stanowisko szefa jednej z największych polskich redakcji. Ta wypowiedź, złożona publicznie i do protokołu, dokumentuje powody decyzji redakcyjnych wobec Ciebie.
· Screen: Cytat z magazynu „Press”, maj 2019, z wypowiedzią B. Węglarczyka.
2. Pozer, manipulant i prowokator w archiwach Marcina Reya (2015)
Wczoraj cytowałem fragmenty z archiwum Marcina Reya. Dziś pokazuję pełną analizę z 9 marca 2015 roku, która już wtedy nie pozostawiała wątpliwości co do Twoich metod działania.
Koronny przykład manipulacji: opublikowałeś zdjęcie rzekomego „Dirlewangerowca” z batalionu Ajdar. Rey zlecił analizę amerykańskiemu ekspertowi Jimowi Hoerricksowi, który stwierdził, że zdjęcie jest cyfrowym fałszerstwem – naszywka została dodana w Photoshopie. Mimo to dalej powielałeś swoją narrację, którą natychmiast podchwyciły rosyjskie media.
Rey podkreślał, że ruchy neofaszystowskie istnieją w Ukrainie, Polsce i Rosji – problemem nie jest ich istnienie, lecz Twoja metoda: nagłaśnianie wyłącznie jednej strony konfliktu i dostarczanie paliwa kremlowskiej propagandzie.
Werdykt Reya na samym dole posta: „Jednak teraz uważamy, że się skompromitował, a nawet jest nieco podejrzany... Zachował się nie jak dziennikarz czy przyjaciel Ukrainy, tylko jak pozer, manipulant i prowokator. Jest skompromitowany, a nawet podejrzany.”
TAJNA BROŃ KREMLA Z POLSKIM PASZPORTEM. KIM JEST TOMASZ MACIEJCZUK? @maciejczuk90
To nie jest zwykły hejter ani „kontrowersyjny wolontariusz”. To człowiek, który – jak wynika z dowodów, chronologii i licznych źródeł – od ponad 15 lat wpisuje się w schemat wieloletniej operacji wpływu rosyjskiego wywiadu zagranicznego SWR. Zaczynając od prorosyjskiego środowiska w młodości, poprzez starannie zbudowaną legendę operacyjną w Donbasie, aż po dzisiejsze aktywne występy na platformach Gazprom-Media i – od niedawna – na polskim X, gdzie prowadzi zorganizowaną działalność dezinformacyjną. Wszystko tworzy spójny i niepokojący obraz. Wszystkie wnioski opieram wyłącznie na publicznych źródłach i działaniach samego zainteresowanego. Oto pełne 15 punktów śledztwa, które powinny zainteresować polskie służby.
1. Hodowany od lat w siatce Kremla. Prorosyjski od zawsze
Twoja historia nie zaczyna się w Donbasie. Zaczyna się dekadę wcześniej – na forum X-portal, w środowisku, które stało się kuźnią kadr rosyjskiej agentury wpływu.
Jesteś jednym z założycieli portalu xportal.pl – oficjalnej strony stowarzyszenia Falanga – i prowadzisz tam Forum Młodzieży Prawicowej. Nie byłeś biernym członkiem, byłeś jej współtwórcą.
23 sierpnia 2008 roku, mając 18 lat, piszesz na forum X-portalu słowa, które są twoim prawdziwym credo: „Jakże tu miło! To znaczy, że nie jestem sam w stronnictwie pro-rosyjskim?”. To nie jest ironia ani żart. To szczere wyznanie w środowisku, które było kuźnią kadr rosyjskiej V kolumny.
Pięć lat później, w marcu 2013 roku, zakładasz blog na salon24.pl, gdzie nagle kreujesz się na antyrosyjskiego narodowca. Ostrzegasz przed Rosją jako „odradzającym się imperium, którego boi się cały świat” i wzywasz do sojuszu Polski z Ukrainą. To nie była zmiana poglądów. To była twoja legenda operacyjna – perfekcyjny kamuflaż przed misją w Donbasie.
W lipcu 2016 roku profil „Rosyjska V kolumna w Polsce” demaskuje całą siatkę. Opisują, jak Falanga – środowisko, które współtworzyłeś – organizowała paramilitarne patrole przy granicy z Ukrainą, w pełnym rynsztunku, maskując naszywki dokładnie jak „zielone ludziki” na Krymie. To tam po raz pierwszy publicznie łączą cię z tą siatką: „Tomasz Maciejczuk co tydzień wywleka aż do rosyjskiej telewizji kolejnych ukraińskich nazistów”.
Kluczowe postacie tej samej siatki – m.in. Michał Prokopowicz (nr 2 w Falandze i koordynator partii „Zmiana”) i Marcin Dul (dowódca jednostki Strzelca i falangista) – były bezpośrednio powiązane z Mateuszem Piskorskim, liderem partii Zmiana, dziś oskarżonym przez polską prokuraturę o szpiegostwo na rzecz Rosji. Nie byłeś zbuntowanym nastolatkiem. Byłeś częścią zorganizowanej siatki wpływu Kremla od samego początku.
Pytanie do Ciebie, Tomaszu: Dlaczego jako 18-latek deklarowałeś bycie w „stronnictwie prorosyjskim”, jako 23-latek udawałeś zagorzałego antyrosyjskiego narodowca, a dziś zarabiasz na platformie Gazpromu?
· Screen 1: Onet – Maciejczuk „jednym z założycieli portalu Falangi – xportal.pl”.
· Screen 2: Forum xportal, 2008 – „Jakże tu miło! ...w stronnictwie pro-rosyjskim”.
· Screen 3: Blog salon24.pl, 2013 – antyrosyjska legenda operacyjna („odradzające się imperium”).
· Screen 4: „Rosyjska V kolumna”, 2016 – Maciejczuk wymieniony jako element siatki.
2. Kuźnia agentów – paramilitarny obóz pod Moskwą (2013)
Rok przed wyjazdem na Ukrainę nie tylko pisałeś bloga udającego antyrosyjskiego narodowca. W sierpniu 2013 roku byłeś współorganizatorem i uczestnikiem II Słowiańskiego Obozu Patriotycznego pod Moskwą.
Obóz był promowany na VKontakte jako „szkolenie z elementami taktyki Specnazu” przez osoby powiązane z rosyjskimi strukturami paramilitarnymi. Program obejmował strzelanie, walkę wręcz, walkę na noże, taktykę wojskową. Koszt udziału: 100 euro. Twoja rola nie ograniczała się do uczestnictwa – tłumaczyłeś instrukcje, dokumenty i kwestie dojazdowe dla polskich uczestników. Organizowałeś im specjalną opiekę Rosjan mówiących po polsku. Zaplanowałeś wycieczkę do fabryki broni.
Nie twierdzę, że zostałeś tam wyszkolony jako komandos. Twierdzę, że byłeś współorganizatorem tego obozu, tłumaczyłeś instrukcje i miałeś bezpośredni kontakt z instruktorami powiązanymi z rosyjskimi służbami. To nie był zwykły paintball – to była kuźnia kadr dla prorosyjskich środowisk w regionie, gdzie werbowano przyszłych współpracowników.
A potem nastąpiła twoja metamorfoza. Stary profil na Facebooku znika. Pojawia się nowy – już bez prorosyjskich deklaracji, już bez śladów przeszłości. W ukraińsko-polskiej grupie dyskusyjnej ludzie pytają: „Gdzie się podział Maciejczuk? Profil zdezaktywowany”. Jest koniec sierpnia 2013 roku – dokładnie w trakcie trwania obozu.
Twoja stara tożsamość przestała istnieć. Narodziła się nowa legenda – człowieka, który rzekomo przejrzał na oczy i stał się gorliwym przyjacielem Ukrainy. To właśnie ta nowa tożsamość pozwoliła ci jako „wolontariuszowi” wjechać na Ukrainę i rozpocząć infiltrację jej struktur wojskowych.
Pytanie do Ciebie, Tomaszu: Jak to możliwe, że w tym samym 2013 roku deklarowałeś publicznie przyjaźń z Ukrainą i budowę Międzymorza przeciwko Rosji, a jednocześnie szkoliłeś się pod Moskwą pod okiem Specnazu? Czy twoja antyrosyjska retoryka i zniknięcie starego profilu nie były przypadkiem zaplanowanym elementem budowania nowej legendy operacyjnej, która umożliwiła ci wjazd na Ukrainę i infiltrację jej struktur?
· Screen 1: Wpis Maciejczuka jako współorganizatora – tłumaczenie instrukcji i organizacja opieki dla Polaków.
· Screen 2: Ogłoszenie VKontakte – szkolenie systemem Specnazu, program, koszt 100 euro.
· Screen 3: Lista uczestników obozu na VK – Maciejczuk jako uczestnik.
· Screen 4: Dyskusja na ukraińsko-polskiej grupie – zniknięcie starego profilu Maciejczuka, sierpień 2013.
3. Otwarty Dialog – idealna przykrywka na start
W 2014 roku pojawiłeś się w Donbasie jako wolontariusz Fundacji Otwarty Dialog. To ta organizacja dała ci „legitymację” do wyjazdów na front. Twoim zadaniem miało być dostarczanie darów dla ukraińskich żołnierzy.
Nigdy nie rozliczyłeś się z tych darów. Fundacja podała cię do prokuratury, wskazując konkretne kwoty sprzeniewierzenia: 18 386 zł i 1505 zł. Sprawy sądowe toczyły się, ale ty – mieszkający już wtedy w Moskwie – nie stawiałeś się na kolejne rozprawy.
To przez Otwarty Dialog wszedłeś na Ukrainę i zdobyłeś dostęp do dowódców batalionów ochotniczych. Fundacja stała się twoją furtką do strefy walk. A wszystko to po tym, jak w 2013 roku przeszedłeś szkolenie pod Moskwą i zniknąłeś z sieci, by powrócić z nową legendą.
Pytania do Ciebie, Tomaszu: Czy Fundacja Otwarty Dialog, świadomie lub nie, stała się twoją furtką do struktur ukraińskiej armii, gdzie zbierałeś informacje dla swojego przyszłego kuratora z SWR? I czy rozliczyłeś się już z pieniędzy za sprzeniewierzone dary na kwotę 18 386 zł i 1505 zł, które zarzucała ci fundacja w prokuraturze? Jeśli nie – to dlaczego sprawa musiała trafić do prokuratury? Jeśli tak – to dlaczego dopiero po takim czasie, gdy postępowanie już się toczyło?
· Screen: Onet, 2017 – Fundacja podała Maciejczuka do prokuratury za sprzeniewierzenie 18 386 zł i 1505 zł.
🧵 @Thorkill65 znowu stosuje swoją ulubioną technikę: „najciekawsze fragmenty”.
Tym razem rozkłada na czynniki pierwsze 56-minutowy podcast Jurija Butusowa – żołnierza i dziennikarza z frontu.
Kim jest Jurij Butusow?
Ukraiński dziennikarz śledczy, od lat specjalizujący się w tematyce wojskowej. Od pierwszego dnia pełnoskalowej inwazji walczy w brygadzie „Chartia” (2 Korpus), dowodzi kompanią dronów. To nie jest „biurkowy ekspert” – to człowiek, który na co dzień dowodzi na froncie i jednocześnie analizuje cały system.
Poniżej pokazuję dokładnie, co @Thorkill65 wybrał jako „najciekawsze” – i co celowo pominął.
1/8
@Thorkill65 zaczął od tytułu:
„Czeka nas bardzo ciężka letnia bitwa na całym froncie.”
To prawda. Ale w tym samym podcaście Butusow deklaruje również:
„Dziś, jak nigdy wcześniej, jestem pewny naszego zwycięstwa.” (ok. 56:09)
„Nawet sam Putin to przyznaje i prosi Ukrainę o zawieszenie broni.” (ok. 55:56)
@Thorkill65 nie przytoczył ani jednego z tych zdań.
2/8
@Thorkill65 zacytował:
„Proces sprowadzania obcokrajowców jest blokowany przez biurokrację. W 2026 roku sprowadzono około 500 ochotników – to wszystko.”
🔍 Czego pominął?
Butusow mówi wprost:
„Kolumbijczycy, Brazylijczycy, Argentyńczycy pokazują się znakomicie, efektywnie i zadają wrogowi znaczące straty.”
„Kolumbijczycy mają tutaj jeden z najbardziej efektywnych oddziałów bojowych.”
@Thorkill65 skupia się wyłącznie na biurokracji, ale pomija fakt, że ci, którzy już walczą, są wyjątkowo skuteczni.
🧵 ŚLEDZTWO: SYSTEM – JAK PRZEZ LATA ROZKRADANO POLSKĘ I BUDOWANO PROPAGANDOWĄ MACHINĘ
Czas czytania: ok. 20 minut
PUNKT 0: Afera Rywina (2002) – korupcja po lewej stronie, zanim system zmienił barwy
Zanim system rozkręcił się na pełną skalę po 2015 roku, korupcja kwitła także po drugiej stronie sceny politycznej. W 2002 roku Lew Rywin, znany producent filmowy, zaproponował wiceprezes Agory (wydawcy „Gazety Wyborczej”) Wandzie Rapaczyńskiej pomoc w przeforsowaniu korzystnej dla jej spółki ustawy medialnej. Cena? 17,5 miliona dolarów łapówki – w przeliczeniu na dzisiejsze wartości około 73 milionów złotych. Rywin twierdził, że działa w imieniu „grupy trzymającej władzę”, w skład której miał wchodzić ówczesny premier Leszek Miller. Do transakcji nie doszło, ale Adam Michnik, redaktor naczelny „GW”, nagrał rozmowę z Rywinem. Afera wyszła na jaw dopiero po pięciu miesiącach, 27 grudnia 2002 roku, gdy „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł Pawła Smoleńskiego. Rząd Leszka Millera upadł, Miller uniknął odpowiedzialności, a Lew Rywin został skazany za pomoc w płatnej protekcji. Sprawa nigdy nie została w pełni wyjaśniona – nie ustalono, kto stał za „grupą trzymającą władzę”. Kluczowe jest jednak coś innego: w aferze Rywina pojawia się postać, która później odegra ogromną rolę w systemie, który opisujemy – Jarosław Pachowski, główny wspólnik Michała Lisieckiego. Pachowski, bliski współpracownik Rywina, był już wtedy znany z kontaktów ze Służbą Bezpieczeństwa PRL. W 1988 roku SB wystawiła mu opinię, że „pozytywnie jest ustosunkowany do kontaktów ze Służbą Bezpieczeństwa, lojalnie wykonywał stawiane przez nasz pion zadania operacyjne”. Jeden ze świadków przed komisją śledczą, Bolesław Sulik, otwarcie sugerował, że wysyłanie ludzi z propozycjami korupcyjnymi „to bardziej sposób myślenia pana Pachowskiego”. Afera Rywina to dowód, że system korupcji nie zaczął się w 2015 roku – on trwał latami, zmieniając tylko barwy. I to jest kluczowa lekcja: nie jesteśmy narzędziem żadnej partii. Punktujemy każdego, kto kradł – niezależnie od tego, czy nosi czerwoną, czy niebieską kokardę. A teraz przejdźmy do sedna.
PUNKT 1: Rok 2013 – punkt zwrotny, kiedy system zaczął się krystalizować
W 2013 roku zbiegają się wydarzenia, które przesądziły o kształcie całego systemu. Trwała już wtedy afera kolejowa (2012–2015), w którą zamieszany był Michał Lisiecki. Jego firma Capital Point wystawiała fikcyjne faktury, zarabiając na wyłudzeniach z Przedsiębiorstwa Napraw Infrastruktury. Mimo że śledztwo już trwało, Lisiecki nie tylko nie zwolnił – on przyspieszył. W marcu 2013 roku Michał Lisiecki kupił tygodnik „Wprost” i zainwestował w powstające „Do Rzeczy”. Tym samym wszedł do ścisłego centrum politycznego i informacyjnego Polski. W tym samym roku powstała Fundacja Ordo Iuris – Instytut na rzecz Kultury Prawnej, który miał stać się ideowym i „naukowym” zapleczem dla nadchodzących zmian. Przypadek? Wg. mnie to była synchroniczność, która miała zbudować trójnóg: pieniądze (afery, wyłudzenia), media (propaganda, kształtowanie narracji) oraz „naukowe” i prawne zaplecze (Ordo Iuris). I w każdym z tych ogniw przewija się postać Michała Lisieckiego – wydawcy, właściciela grupy PMPG. Od 2013 roku system zaczął działać w pełni.
**Kat, Schmitt i ruski but. Kim naprawdę jest profesor Wielomski?**
Czas zdjąć togę temu profesorowi.
Jako student bezpieczeństwa narodowego AMW widzę, jak ktoś z tytułem profesora konsekwentnie powtarza rosyjskie narracje i osłabia spójność społeczeństwa w czasie wojny.🧵👇(12 min czytania)
ROZDZIAŁ 1: Architekt Mierności i Cień PRL (1970–1989)
Adam Wielomski (rocznik 1972) to produkt schyłkowego PRL-u, który mentalnie nigdy nie wyszedł z dusznych korytarzy systemu autorytarnego. Podczas gdy jego rówieśnicy w latach 80. ryzykowali na ulicach, walczyli z ZOMO i tworzyli fundamenty pod wolną Polskę, młody Adam – syn warszawskiej inteligencji – trzymał się bezpiecznych korytarzy. Zero opozycji, zero buntu, zero walki o wolność.
To kluczowy moment jego biografii. Podczas gdy naród przelewał krew za prawo do samostanowienia, Wielomski chował się w bibliotekach. Nie szukał tam jednak prawdy o wolności, lecz uzasadnienia dla siły, która trzymałaby ludzi za twarz. To typ, który nienawidził chaosu rodzącej się demokracji bardziej niż stabilizacji niewoli. Ta pierwotna słabość – lęk przed wolnym, rywalizującym światem – stała się fundamentem jego dzisiejszej nienawiści do Zachodu.
ROZDZIAŁ 2: Duchowa Kolaboracja – PAX i dziedzictwo Piaseckiego
Ideowo Wielomski to nie jest „nowoczesny konserwatysta”. To duchowy spadkobierca najbardziej toksycznego nurtu w polskiej historii – tzw. „Endokomuny”. Wywodzi się prosto z tradycji stowarzyszenia PAX i Bolesława Piaseckiego. To piguła wiedzy, której Wielomski boi się jak ognia: Piasecki, przedwojenny lider skrajnej prawicy, po wojnie dokonał rzeczy niemożliwej – z celi śmierci NKWD wyszedł jako... koncesjonowany „katolicki” lider w służbie stalinizmu.
To Piasecki stworzył model „katolika patriotycznego”, który lojalność wobec narodu zamienił na lojalność wobec Moskwy i bezpieki. PAX był strukturą hybrydową: z wierzchu kadzidło i tradycja, w środku pełna kolaboracja z komunistycznym aparatem ucisku w celu rozbicia polskiego oporu od wewnątrz.
Mechanizm, nie skala. Oczywiście – zastrzegam to wyraźnie – Piasecki działał w warunkach fizycznej okupacji i jego kolaboracja miała wymiar krwawy: pomoc w aresztowaniach, rozbijanie podziemia, realna śmierć Polaków. Wielomski działa dziś w warunkach pokoju, a jego „zdrada” ma charakter informacyjny i ideowy: powielanie rosyjskich narracji, podburzanie przeciwko sojusznikom, osłabianie spójności społeczeństwa w czasie wojny. To nie jest ten sam poziom zbrodni. Ale mechanizm jest niepokojąco podobny: człowiek, który pod płaszczykiem katolicyzmu i „troski o ojczyznę” służy interesom wroga, siejąc zamęt i rozbijając wspólnotę od wewnątrz.
Wielomski nie kocha Rosji za literaturę – on kocha Rosję za model Piaseckiego: zamordyzm uświęcony religijnym bełkotem. To „patriotyzm” sługusa, który marzy o tym, by stać blisko nahajki. Dla Wielomskiego suwerenność to nie wolność narodu, to prawo lokalnego namiestnika do bicia poddanych bez wtrącania się „liberalnego Zachodu”.
**Pytanie do Profesora: Panie Wielomski, czy Pana dzisiejsza fascynacja „ładem eurazjatyckim” to coś więcej niż tylko odkurzona wersja paktowania Piaseckiego z NKWD? Czy polski konserwatyzm naprawdę musi sięgać po wzorce wywodzące się z kolaboracji z totalitarnym wrogiem, by być – Pana zdaniem – autentyczny?**