SKĄD I DLACZEGO BIERZE SIĘ "DZIADOSTWO" W NIEKTÓRYCH MIKRO I MAŁYCH FIRMACH
Kiedyś wpadł mi w ręce absolutnie genialny artykuł, który opisywał historię punktów gastronomicznych na polskim „Route 66”, czyli trasie z Katowic nad Bałtyk, kiedy jeszcze nie było autostrady, a sama wyprawa była ogromnym wydarzeniem.
Felieton poruszał kwestię restauracji i barów, które znajdowały się przy starej drodze głównej i święciły niegdyś triumfy. Właściciele prawdopodobnie z łezką w oku wspominają pełne parkingi, zamówienia, których nie da się obrobić i związane z tym w pewnym momencie dobre pieniądze.
Dzisiaj większości z tych barów nie ma, ostało się trochę, gdzie zazwyczaj hula wiatr (nie wszystkie, kultowe nadal są pełne!). Stały się one trochę niejako symbolem pewnej przemijającej epoki. Stanowią też bardzo dobry punkt wyjściowy do dzisiejszego felietonu. Kiedyś jeden z redaktorów w rozmowie ze mną na wizji stwierdził, że część mikro i małych przedsiębiorstw w Polsce można rozpatrywać w kategoriach dziadostwa. Niewielu jednak zagłębia się w przyczynach tego stanu rzeczy.
Przykład zapomnianych barów przy starej drodze jest wręcz książkowym pokazanie przemijającego czasu. Kto miał trochę szczęścia (lub czego innego), to udało mu się pozostać w dobrym punkcie przy zjeździe z autostrady, inny zamknął biznes na cztery spusty, inny próbuje walczyć zmieniając profil działalności na np. salę weselną.
Chciałbym Was dzisiaj zaprosić na nieco dłuższy tekst, który tłumaczy skąd może brać się „dziadostwo” w niektórych małych firmach. Począwszy na warunkach pracy, kończywszy na pobożnej modlitwie właściciela, aby dotrwać do emerytury.
⬇️Cały tekst poniżej! ⬇️
NIEODNAWIALNY ZASÓB – CZAS
Zapewne kojarzycie przydrożne bary przy byłych drogach głównych, które były kiedyś pełne. Klimatu dopełniają wyblakłe czerwone parasole Coca-Cola, kiedy się tam wchodzi, to zazwyczaj zamówienie przyjmuje już starsza babka z lekkim wąsem pod nosem z miną „Pan tu nie stał”.
Lubię się czasami zatrzymać w takich miejscach, da się w nich odnaleźć hamburgery z prażoną cebulą, masą sałaty, gotowym mięsem do odgrzania w mikrofalówce i sosem z wielkiej tuby. Zupełnie tak, jak jeszcze dwadzieścia lat temu na każdym dworcu w Polsce. Smak dzieciństwa, lekka nostalgia.
Jednakże widać, że czas się tam zatrzymał. Nikt już nie chce robić remontu, nie podejmuje walki, nie chce nic zmieniać, bo nie ma to sensu. Zupełnie tak, jak w tych zapomnianych ośrodkach wypoczynkowych na Mazurach, gdzie toaleta w domku jest luksusem, a wykąpać się można w prysznicu na monety, który stanowi próbę ratowania dochodu i tego co zostało, gdy trzeba płacić dychę za 45 sekund dostępu do wody. Łózka pamiętają jeszcze „Lato z Radiem 1978 r.” i przypomina Ci o tym wbijająca w plecy sprężyna, którą czuje się cały następny dzień i dwa kolejne.
Jednocześnie nad tymi samymi akwenami wodnymi można wynajmować całe domy w lekko podwyższonym standardzie za wielokrotność ceny tego domku ze wspólnym prysznicem na monety. Ktoś dołożył starań, dorzucił jeszcze dużą banię opalaną drewnem i saunę w ogrodzie, nagle cena domku nie wynosi 200 zł, a prawie 1000 zł za dobę. Wykorzystasz drewno, płacisz za następne. Cena jest na tyle wysoka, że nie potrzeba wydzielać 45 sekund wody dziennie.
Ktoś się jednak zatrzymał, nie podążył za duchem czasu, przespał swój dobry moment, w którym mógł inwestować. Niejako to rozumiem, jeżeli ktoś przez całe życie nic nie ma, to też coś chce mieć z tego życia, a nie ciągle pracować – przepuścił, teraz ma gorzej – życie.
Takich przemijających i dogorywających działalności gospodarczych są dziesiątki tysięcy w Polsce. Ktoś jest już starszy, nie ma na to pomysłu, nie chce mu się. Paradoksalnie zamiast tworzyć coś „od zera”, to teraz jest dobry moment, aby próbować to przejmować i reaktywować, co straciło swój blask.
Nie mówię tu o gastronomii i hotelarstwie, ale naprawdę wiele malutkich firm jest w takiej sytuacji, gdzie świeże spojrzenie dałoby nowe życie, no chyba, że ktoś jest wypożyczalnią filmów w 2025 roku lub zgorzkniałym zgredem, co wszystko wie najlepiej. Wtedy się nie da.
PRZEMIANY, PRZEMIANY, PRZEMIANY…
Przemijający czas jest oczywistym elementem przemian. Niegdyś była przestrzeń, aby z handlu butami na bazarze zrobić poważną spółkę giełdową. Dziś rynek jest na tyle nasycony, że romantyczne historię od bazaru do głównego parkietu są nierealne. Nie da się tego zrobić na podstawie drobnej działalności handlowej, bo nigdy nie zbierze się kapitału. Zasadniczo przeminęła już szansa na zarobienie lepszych pieniędzy w ten sposób. Po prostu, kto miał urosnąć – to urósł – kto został w miejscu, ten będzie się tylko cofać.
Zwłaszcza biorąc pod uwagę inwazję chińskich platform handlowych. W lipcu 2024 roku chińskie Temu osiągnęło zasięg 51,15 proc. polskich użytkowników sieci, co przekłada się na ponad 15 mln osób. Czego byś nie zrobił, to nie masz szans w starciu z kimś takim. Zaszły takie zmiany, że trzyosobowym punktem handlowym w centrum miasta wojewódzkiego można się modlić o średnią krajową dla właściciela takiego lokalu, a gdyby przeliczył swój czas na pieniądze, to lepiej by mu wyszło jeździć wózkiem widłowym po magazynie w Strykowie.
Dogorywanie takiego miejsca zazwyczaj przebiega tak samo. Najpierw się zwalnia pierwsze osoby, by mieć jakąkolwiek rentowność, potem kończy się samemu (lub z rodziną) i dogorywa do emerytury pracując po 12 godzin dziennie, będąc zakładnikiem swojego przedsiębiorstwa.
BYŁO TANIO, ALE NIE JEST
Polska była (i w sumie nadal jest) krajem niskomarżowej produkcji i bycia podwykonawcą. Trochę się w tym okopaliśmy i taką mamy charakterystykę gospodarczą, która się już trochę zmienia. Dopiero to pokolenie ma szansę na tworzenie światowych firm bazując na tym, co zostawili im rodzice, którzy zaczynali zazwyczaj „od zera”. Problem jest taki, że jeżeli czymś handlujesz i jest tanie, to znalezienie kupca nie jest takie trudne.
Problem zaczyna się wtedy, gdy nie jesteś w stanie już czegoś robić tanio, a na tym bazowała twoja sprzedaż. Jeżeli możesz wyróżniać się ceną, to oczywiście, że znajdzie się na to klient. Kiedy tego nie masz, musisz szukać dalej, co często się nie udaje. Jeżeli ktoś jest przyzwyczajony od 20 lat konkurować ceną, to się budzi w przysłowiowej d*pie, bo w jaki sposób np. znaleźć np. wyróżnik dla gwoździa? W czym gwoździe robione w naszym zakładzie są lepsze od konkurencji z innych krajów? Przed takim dylematem stanęła kilka lat temu masa firm produkcyjnych w Polsce.
Najmniejsze, które nie miały na to pomysłu po prostu zaczęły się zwijać. Tam nie było wielkich budżetów marketingowych, specjalistów, tylko codzienna robota i konkurencja ceną. Kiedy spada sprzedaż, to tnie się koszty. Zaczyna gorzej traktować ludzi, kontrahentów, zaczyna się robić dziadostwo. W końcu właściciel takiej firmy robi sto rzeczy na raz, a żadną dobrze i dokładnie.
OKOPANIE SIĘ W NISKIEJ MARŻY I SKALI
Wszystkie te czynniki mają oczywiście wpływ, ale największy ma to, że mikro i małe firmy są okopane w warunkach zazwyczaj albo niskiej skali albo niskiej marży, a co gorsza – czasami jednego i drugiego. Wtedy jest naprawdę masakra. Duże firmy i korporacje nie dotykają branż, w których nie ma pieniędzy, zostawiają je właśnie tym zapaleńcom, którzy myślą, że od handlowania czymś w blaszaku będą bogaci. Ewentualną przestrzeń, gdzie jest jakaś skala, zostawia się ją ograniczoną do bycia podwykonawcą.
Tłumaczyłem to kiedyś, ale wytłumaczę to jeszcze raz na moim ulubionym przykładzie transportu ciężarowego. Duże firmy logistyczne wygrywają duże przetargi lub mają bardzo duże kontrakty na konkretne trasy. Zazwyczaj są one pośrednikiem, a czarną robotę odwalają małe przedsiębiorstwa transportowe.
Potem taki właściciel 15 ciężarówek musi się głowić, w jaki sposób zmieścić w 1 euro z kilometra pensję kierowcy, paliwo, opłaty drogowe, serwis pojazdu, obsługę biura itp. Przerzuca się na niego odpowiedzialność. Potem ten facet jest nazywany „Januszexem”, bo kombinuje na milion różnych sposobów, jak osiągnąć rentowność.
Tymczasem główny wykonawca może sobie sadzić drzewa w parku, prowadzić politykę ESG i diversity, a także w statystykach wyglądać na wielce produktywnego, bo czarną robotę i niską marżę bierze na siebie podwykonawca. Tak jest w wielu sektorach gospodarki, gdzie jesteśmy podwykonawcami. Stąd wynika często to dziadostwo, z miejsca w łańcuchu pokarmowym.
POZAPŁACOWE KOSZTY PRACY I WYSOKA MINIMALNA – SPOSÓB NA CZYSZCZENIE RYNKU
Mam wrażenie, że ktoś doszedł w pewnym momencie do wniosku, że trudno jest przekonać właścicieli mało rentownych firm (zdaniem góry) do ich zamknięcia i nie ma za bardzo na to sposobu. W cale nie do rzadkości należały sugestie, że: „firm w Polsce jest za dużo”. Nie ma łatwiejszego sposobu ma „posprzątanie rynku” z takich firm niż podniesienie kosztów pracy za pomocą minimalnej krajowej, która wzrosła od 2020 roku o prawie 80 proc.
Przedsiębiorstwa, które miały konkurencyjność poprzez niskie koszty pracy trafił szlag albo musiały się przeorganizować. Nie było innej możliwości. Gdy ktoś ma naprawdę dużą firmę z marżą, to nawet w jego interesie jest wprowadzenie 4-dniowego tygodnia pracy za to samo wynagrodzenie, bo po prostu mniejszy nie da rady tego uciągnąć, a większy będzie miał lepszy dostęp do pracownika – serio. Do tego jeszcze dobrze to wygląda w przekazie społecznym.
Podobnie jak to, że największym podmiotom nie zależy na obniżeniu pozapłacowych kosztów pracy. Procentowe oskładkowanie umów o pracę osób najmniej zarabiających w Polsce jest dwukrotnie wyższe niż w Wielkiej Brytanii, a nawet wyższe niż w… Danii.
Wysokie koszty pozapłacowe pracy, gdy w zasadzie (licząc L4 i urlopy) z wynagrodzenia rzędu 5000 zł netto miesięcznie robi się ponad 9000 zł całkowitego kosztu pracy miesięcznie są naturalnym filtrem. Filtrem, który pozwala betonować rynek, bo mniejsze firmy będzie coraz mniej stać na pracownika, przez co pozbywa się drobnej i upierdliwej konkurencji. W większych nadrabia się to skalą.
PODSUMOWANIE
Na sam koniec mam jeszcze jedną, dosyć luźną obserwację. Obecni szefowie to często osoby w wieku 40-60 lat, którzy doskonale pamiętają, w jaki sposób trzeba było pracować kilka dekad temu. Mają taki wzorzec i mimowolnie przenoszą go na czasy współczesne, które są zupełnie inne. Zmienił się szacunek do ludzi i podejście, młodsi też nie chcą tak wiele pracować, bo widzą po swoich rodzicach, do czego to może prowadzić.
Jednakże to „dziadostwo”, które lubi się opisywać w przestrzeni publicznej ma swoje źródło zupełnie gdzie indziej. Dopóty jesteśmy na dole łańcucha pokarmowego, to trudno wyjść ze stanu ograniczonej przestrzeni, żeby zmienić ten stan rzeczy. Gra się tak, na ile pozwala rynek.
Ponadto, jak wielokrotnie pisałem, kończy się w Polsce przestrzeń do prowadzenia firm w branżach „tradycyjnych”, jeżeli ktoś nie urósł. Kiedyś słuchałem wywiadu z jednym dosyć znanym hotelarzem, który powiedział zdanie: „Jeżeli jeden z hoteli jest nierentowny i nie zarabia na siebie, to go rozbudowujemy”. Niestety, jeżeli ktoś nie ma bardzo szczególnego fachu w ręku, to musi się skalować, bo wyginie jak dinozaury.
• • •
Missing some Tweet in this thread? You can try to
force a refresh
Połowa kwietnia, za oknem słychać krzyki i wrzaski. Zupełnie tak, jakby wracała grupa kibiców po meczu. Jednak coś nie gra, nie śpiewają przyśpiewek klubowych, nie było też dziś żadnego meczu. Zaciekawiony wstałem z kanapy i zacząłem szukać źródła dziwnych dźwięków. Odsłaniam firankę i szukam potencjalnego hałasu z podwórka, a to bawiący się nastolatkowie, którzy grali w siatkówkę. Zapomniałem, że w społeczeństwie są dzieci, a do tego jeszcze te przebywające na podwórku.
Zaczynasz się łapać na tym, że odzwyczaiłeś się od widoku dzieciaków. Twoja głowa przestaje pojmować to, że funkcjonują rodziny z dziećmi. Na wakacje latasz poza sezonem, swoich pociech jeszcze nie masz, a jedynie sprawdzasz w kalendarzu terminy ferii zimowych, aby nie wkopać się w kolejki na stoku narciarskim w Tatrach.
Zgodnie z narodową tradycją działkową w maju na działce rozpalasz grilla. Znowu słyszysz dziwne dźwięki, wyglądasz nieśmiało zza grilla, patrzę w lewo, patrzę w prawo - nic nie ma. Nie wiadomo, co tak hałasuje. W końcu słychać tego coraz więcej i bardziej intensywnie, wybieram się na rekonesans. Nie było nic widać, bo to bawiące się na wsi dzieciaki, zupełnie tak jak kiedyś, gdy nie było jeszcze rozpowszechnionego Internetu. Twoja głowa podświadomie odrzuca istnienie dzieci, nie jest przyzwyczajona do tego, że one istnieją.
Rzadko się uzewnętrzniam w kwestiach prywatnych, ale tym przydługim wstępem chciałbym was wszystkich zaprosić do dłuższego tekstu, który podaje powody, dla których ktoś może nie chcieć mieć dzieci z mojego pokolenia. Uważam, że straciliśmy co najmniej jedno pokolenie, któremu wpojono podczas edukacji szkolnej podświadomie strach przed posiadaniem rodziny.
🧵⬇Zapraszam do całego tekstu poniżej. ⬇🧵
DZIECI JAKO UCIĄŻLIWOŚĆ
Nie lubię latać samolotem w okresie wakacyjnym. Wtedy na cały samolot zawsze znajdzie się kilku małych rzezimieszków, którzy uprzykrzą każdą podróż. Wchodzi para z dzieckiem na rękach, łudzisz się, że nie zacznie płakać, a co gorsza nie będzie to koło ciebie. Dziś masz szczęście, za tobą jest tylko jeden, całkiem spory gagatek, który będzie gwarancją spokoju i możliwością spędzenia czasu w samolocie z głową na poduszce.
Nic bardziej mylnego, mały zawadiaka uwielbia kopać w siedzenie, sprawia mu to ogromną radość. Jesteś zmęczony, bo wcześniej dowaliłeś 14 godzin w pracy na pełnych obrotach, marzysz o chwili drzemki. Nie da się, bo młody myśli, że jest na Santiago Bernabeu, a twój fotel to decydujący rzut karny w finale Ligi Mistrzów.
Kiedyś nawet byś zwórcił uwagę rodzicowi, jednak po kilku próbach z przeszłości się poddajesz, bo „dziecko musi się wyszaleć”. No i tak lecisz w atmosferze łupułupu, rodzice mają to gdzieś i z przerażeniem patrzysz na zegarek – jeszcze 5.5 godziny tego koszmaru. Dziecku można wszystko, bo przecież to dziecko, a przynajmniej takie podejście ma część rodziców.
Przemawia przez ciebie skrajny egoizm, bo ty chcesz się wyspać. Chcesz dolecieć w spokoju na miejsce, ale odpuszczasz walkę z samolotowym Cristiano Ronaldo, bo wiesz, że za kilka godzin usiądziesz na ładnej plaży. Przynajmniej takie podejście miałem jeszcze jakiś czas temu, które zaczęło się zmieniać i rozumiesz jak wiele motywacji i celu życia może dostarczyć nowa osoba na planecie.
STRACONE POKOLENIE NIEDOSZŁYCH RODZICÓW
Pamiętam z czasów szkoły średniej ogromną presję ze strony nauczycieli na „pójście na studia i robienie kariery”. Nic innego nie było ważniejsze, tylko podążanie za potencjalnym sukcesem zawodowym. Stawiając studia jako wyznacznik spełnienia człowieka, a cała reszta była kompletnie nieistotna.
Mało tego, traktując przy okazji chęć posiadania rodziny jako przejaw kompletnego braku ambicji i życiowego partactwa oraz nieudacznictwa. Podtrzymując wśród młodzieży określony schemat działania. Możliwie jak najlepszy wynik z matury, pójście na studia, a po nich znalezienie dobrej pracy. Nie wiem jak jest teraz, ale wtedy w odczuciu rówieśników, jeżeli ktoś chciał zakładać rodzinę zaraz po szkole średniej, to był patologią, której nic się nie chce, tylko rozmnażać.
Przez lata tłoczono do nastolatków poczucie strachu przed nastoletnią ciążą. Owszem, szesnastolatka w ciąży to raczej średnia perspektywa, ale to przesadne straszenie dziećmi powodowało, że do tej pory po internecie chodzą memy pokroju: „Mam 30 lat, a nadal boję się nastoletniej ciąży”. Nie było wzorca posiada rodziny, tylko tego podążania za „karierą”. Następie ta „kariera” często kończy się ładnie brzmiącym anglojęzycznym stanowiskiem na 23 piętrze przeszklonego biurowca za 6000 zł netto miesięcznie. Niekiedy z takim zakresem obowiązków, że jakby ktoś zniknął z pracy, to by się nic nie stało.
Kiedy jeden z moich kolegów okazało się, że zostanie ojcem w wieku 21 lat, to autentycznie większość mu współczuła. Dominowało podejście „zmarnowanego życia”, co on najlepszego narobił, stracił młodość na rzecz siedzenia w pieluchach i bawienia się z bąbelkiem. W tym czasie jako jeszcze młodzi studenci mieliśmy inne priorytety, takie jak co weekendowe objazdówki po klubach oraz domówki w akademikach.
Dziś, z perspektywy czasu mu zazdroszczę. Kiedy on będzie mieć za kilka lat dorosłe dziecko, ja będę musiał zmieniać pampersy. Chęć posiadania młodo dziecka była odbierana jako coś skrajnie głupiego i nieodpowiedzialnego, takie poczucie wyhodowaliśmy w ówczesnej młodzieży z mojego pokolenia w dużych miastach.
💶TRASNFORMACJA ENERGETYCZNA: CHODZI O PIENIĄDZE A NIE EKOLOGIĘ 💶
Nie ma prawdopodobnie w Europie żadnego innego programu, którego rzeczywisty cel może być inny od tego, o którym się mówi. Zadałem sobie naprawdę wiele trudu, przejrzałem masę publikacji naukowych, danych, książek, statystyk, wypowiedzi najważniejszych polityków, a także ułożyłem wydarzenia chronologicznie w czasie.
Myślałem, że jestem zbyt przewrażliwiony i przecież nie można w taki sposób przepychać programów gospodarczych tłumacząc to ekologią. Myliłem się, im bardziej wgłębisz się w historię transformacji energetycznej w Europie od lat 70-tych, tym bardziej usiądziesz z niedowierzaniem i powiesz: „Przecież to niemożliwe!”.
Proces, tak jak i założenia transformacji energetycznej ewoluowały wraz z sytuacją geopolityczną. Najpierw była to potrzeba niezależności, potem ekspansji gospodarczej, by na koniec stworzyć desperacką próbę kreacji propopytowego programu gospodarczego, który wywrócił się o własne nogi. Nie znalazłem żadnej polskojęzycznej publikacji naukowej, która określałaby transformację energetyczną w Europie jako ewoluujący eksportowo-propopytowy program gospodarczy, a nie ten „ekologiczny”.
Nie chcę wchodzić za bardzo w zagadnienie czy zmiany klimatu są winą człowieka czy wynikają z naturalnego procesu życia Ziemi, a także w jakim stopniu dwutlenek węgla ma wpływ na zmianę klimatu. Nie mam ku temu kompetencji i wiedzy. Chcę się skupić na czymś kompletnie pomijanym. Na gospodarczych przyczynach powstania walki o powstrzymanie zmian klimatycznych, bo w tym przypadku jest naprawdę ciekawie.
Zapraszam na szaloną nitkę, która jest efektem ogromnego nakładu pracy. Poniższy tekst stanowi najbardziej skondensowaną historię transformacji energetycznej w ujęciu gospodarczym. Obnażymy w nim znaczenie gospodarcze transformacji ekologicznej w Unii Europejskiej, a nie to ekologiczne.
🧵⬇ Zapraszam, cały tekst poniżej!⬇🧵
TRANSFORMACJA ENERGETYCZNA NIE JEST NOWOŚCIĄ
Transformacja energetyczna w Europie zaczęła się tak naprawdę po 1973 roku, kiedy szalał światowy kryzys naftowy. Światowy kryzys naftowy z 1973 roku uwidocznił, jak bardzo Europa i inne kraje rozwinięte są uzależnione od importu ropy naftowej. W wyniku embargo państw OPEC ceny energii gwałtownie wzrosły, przez co prawie najważniejszą kwestią w tamtym okresie było bezpieczeństwo energetyczne i konieczność poszukiwania nowych źródeł energii.
Nie troska o planetę, a droga ropa naftowa rozpoczęła proces transformacji energetycznej w Europie. Najważniejsi europejscy politycy poruszali ten temat intensywniej właśnie od szoku naftowego. W Szwecji właśnie w latach 70-tych, rozpoczęto proces odchodzenia od oleju opałowego i węgla na rzecz biomasy, co było bezpośrednią reakcją na gwałtowny wzrost cen ropy i gazu. W Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej zaczęły pojawiać się pierwsze koncepcje wspólnej i ponadpaństwowej transformacji energetycznej.
Przyjęto też pierwszy w historii Europy program walki z zanieczyszczeniem środowiska. Oczywiście już wtedy, gdy nie zgadniecie… panował światowy kryzys paliwowy. Wcześniej owszem, były wzmianki naukowców o roli człowieka w zmianach klimatycznych, ale niewielu decydentów się tym przejmowało.
W latach 70-tych główny nacisk kładziono na walkę z zanieczyszczeniem, ochronę przyrody i efektywność energetyczną, a nie bezpośrednio na problem zmian klimatu, który zaczął być szerzej rozpoznawany i politycznie adresowany dopiero w kolejnych dekadach. Chodzi o sam początek procesu transformacji energetycznej, o którym w zasadzie każdy już zapomniał.
ZMIANY KLIMATU A ŚWIAT NAUKI OD SZOKU PALIWOWEGO DO LAT 80-TYCH
Zaraz po zmianie nastawienia wywołanej głównie szokiem paliwowym zaczęło pojawiać się coraz więcej publikacji w zakresie zmian klimatu. Przykładowo, w 1975 roku magazyn Newsweek opublikował artykuł „The Cooling World”, w którym ostrzegano przed niepokojącymi znakami, że wzorce pogodowe Ziemi zaczęły się zmieniać. Straszono w nim możliwością gwałtownego ochłodzenia i powrotu lodowców.
To właśnie w latach 70-tych powstały pierwsze poważne analizy dotyczące wpływu działalności człowieka na klimat, a naukowcy coraz częściej łączyli tematykę energetyczną z klimatyczną. Jednym z pierwszych, który łączył dosyć głośno zmiany klimatu z działalnością człowieka był fizyk Michael MacCracken. W 1975 roku napisał on dosyć znany list, w którym zwracał uwagę, że polityka energetyczna oparta na spalaniu węgla i ropy prowadzi do wzrostu stężenia dwutlenku węgla i może mieć poważne konsekwencje klimatyczne.
Wtedy pojawiły się też pierwsze katastroficzne prognozy dotyczące przyszłości klimatycznej świata i większy aktywizm ekologiczny. Na Światowym Kongresie Energetycznym w 1974 roku debatowano o negatywnym wzroście gospodarczym, a niektóre środowiska przewidywały trwały (i mocno przesadzony) kryzys cywilizacyjny, co napędzało zainteresowanie tematem zmian klimatu.
Już w latach 70-tych większość klimatologów przewidywała, że wzrost stężenia dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych doprowadzi do wzrostu globalnej temperatury. Ówczesne modele prognozowały ocieplenie klimatu rzędu 0.2°C na dziesięć lat, co de facto się sprawdziło. Przed kryzysem paliwowym było trochę zainteresowania zmianą klimatu i działalnością człowieka, ale on wręcz wystrzelił w debacie publicznej w kryzysie paliwowym i to była główna przyczyna zainteresowania się planetą.
KIEDY I DLACZEGO NIE WARTO OTWIERAĆ NIEWIELKICH DZIAŁALNOŚCI GOSPODARCZYCH?
Naprawdę wiele ludzi sądzi, że od budki z lodami postawionej gdzieś przy głównym deptaku można zostać bardzo zamożnym człowiekiem. Twórca osiedlowego kebaba to jeździ na wakacje pięć razy w roku na Malediwy prywatnym odrzutowcem, w garażu ma trzy samochody, a na dachu bloku ląduje helikopterem.
Wytworzyliśmy obraz, jakby właściciele niewielkich przedsiębiorstw byli finansową elitą, klasą burżujów dorabiającej się na krzywdzie proletariatu. Właściciele mikroprzedsiębiorstw to w zasadzie trochę lepiej zarabiająca klasa robotnicza, a nie prawdziwi kapitaliście. Prawdziwe i porządne pieniądze robi się na dużym kapitale i skali, a nie smażeniu parówek.
Naprawdę nie wiem, czy ktoś rozsądny chciałby pracować po 12 godzin dziennie, przez 6 dni w tygodniu, nierzadko w niedziele i święta. Z widmem głodowej emerytury i tego, że jedna choroba poważniejsza od grypy pozostawia takiego człowieka bez źródła dochodów. W obecnej sytuacji gospodarczej działanie wielu niewielkich firm nie ma sensu.
Czasem lepiej dać sobie spokój i pójść do normalnej roboty, a nie tyrać w wiecznym kołowrotku nadziei na lepsze jutro. Zwłaszcza starsi ludzie robią to już z przyzwyczajenia, byle dociągnąć do emerytury. W dzisiejszym wątku opiszę, dlaczego często nie warto otwierać niewielkich działalności gospodarczych i kiedy lepiej tego nie robić.
↓🧵Zapraszam na nitkę!🧵↓
NISKIE BARIERY WEJŚCIA TO (ZAZWYCZAJ) NISKIE DOCHODY LUB SKALA
Jeżeli jakaś działalność gospodarcza ma skrajnie niskie bariery wejścia i wymaga może kilkudziesięciu tysięcy złotych na start oraz nie wymaga szczególnych umiejętności, to lepiej dać sobie spokój i tego nie robić. Niskie bariery wejścia zazwyczaj są tożsame z potencjalnie niskimi dochodami.
Duże firmy tego unikają i nie wchodzą do branż, gdzie działają mikroprzedsiębiorstwa. Nie ma korporacji malującej paznokcie czy korporacji tylko przepychających rury u osób indywidualnych. Nie ma, bo bariery wejścia są niskie, a konkurencja duża. Natomiast same ceny wynikają z zaangażowanie i długości pracy właścicieli. Owszem, taki hydraulik na jednoosobowej działalności gospodarczej posiadający całodobowy dojazd do klienta zarobi dużo powyżej średniej krajowej, ale musi być w wiecznej gotowości.
Gdyby miał płacić całodobowo za pracę innego hydraulika, żeby był dostępny całodobowo, to ten biznes nie spiąłby się na starcie. Nikt normalny nie zgodzi się na darmową całodobową etatową pracę, kiedy jest na jeden telefon i wtedy ma płacone oraz musi wyjechać do klienta.
Stworzenie małej budki z zapiekankami pozwoli na zarobki trochę powyżej minimalnej krajowej, ale jeżeli w swoim założeniu budka nie jest w stanie zarobić na siebie bez fizycznej pracy właściciela, to lepiej dać sobie z tym spokój. Chyba, że ktoś sobie tłumaczy, że lubi dużo pracować, nie spędzać świąt z rodziną i widywać swoje dzieci zmęczonym o 20 na kanapie wieczorem.
PRZESTEŃ NISKIEJ MARŻY LUB SKALI
Jak wspomniałem wyżej, duże firmy nie wchodzą do branż, w których nie ma pieniędzy. Rentowność wielu mikroprzedsiębiorstw wynika tylko i wyłącznie z zaangażowania właściciela. Problem jest taki, że o ile w wieku 20-40 lat da się to przeżyć, zakasać rękawy i pracować po 70 godzin w tygodniu, tak w pewnym momencie nikt nie wytrzyma tego zdrowotnie. Zacznie się sypać. Wtedy pojawia się problem, zaczynają odchodzić klienci, przedsiębiorstwo nie spina się finansowo, gdy nie ma właściciela – błędnie zakładając, że zawsze będzie dobrze.
W relacja pomiędzy firmami, duże firmy często wyrzucają na zewnątrz usługi, których nie opłaca się robić ich pracownikom, bo wychodzi to za drogo. Doskonałym przykładem jest handel zwrotami konsumenckimi. Ogromne firmy e-commerce mają problem z zalegającymi zwrotami, ich skala jest porażająca. Najgorzej wygląda to w przypadku ubrań w Niemczech, do sklepów wraca ok. 30 proc. produktów. Ktoś wpadł na pomysł, żeby zamiast wielkiego magazynu, to rolę handlu w re-commerce przejęli drobni ciułacze.
Potem zostają oni z masą towaru, obowiązkiem rękojmi, dostarczają płynność finansową i pozwalają realizować korporacyjny ESG. Będąc na samym dole łańcucha pokarmowego tylko dlatego, bo są tańsi od pracy Hansa na magazynie spod Hamburga. Da się osiągnąć pewną marżę, ale w takiej działalności trudno o ogromną skalę. Bezpośrednio w Polsce najważniejszego dostawcę towaru ze zwrotów obsługują jedynie dwie firmy.
Reszta trafia potem do drobnicy. Następnie taki handlarz zwrotami konsumenckimi ma załadowaną chałupę pod korek 576-tym tosterem i 1789-tym mikserem. Nie daj bóg jeszcze się coś zepsuje, to musi oddać pieniądze w ramach rękojmi. Czy da się na tym zarobić? Da się, ale naprawdę trzeba dużo pracować.
AMERYKAŃSKA WOJNA HANDLOWA – CZY JEST SIĘ CZEGO BAĆ?
Stare chińskie przysłowie mówi: „Obyś żył w ciekawych czasach”. Choć samo przysłowie jest raczej przekleństwem i można powiedzieć, że właśnie zaczęło się spełniać. Jesteśmy świadkami ogromnych zawirowań handlowych na arenie międzynarodowej. Wydarzeń, które będą opisywane za pięćdziesiąt lat w książkach do historii.
Niekiedy można odnieść wrażenie, że to wszystko jest nieco „z boku”, a wielkie rozgrywki geopolityczne są gdzieś daleko za oceanem i w zasadzie, to wszystko nas mało dotyczy. Wręcz przeciwnie, amerykańska wojna handlowa z całym światem i wzajemne okładanie się ciosami z Chinami bardzo nas dotyczy. Wali się porządek handlowy świata, a zarazem być może hegemoniczna rola Stanów Zjednoczonych, jaką znamy.
↓🧵Zapraszam na nitkę, w której omówimy sobie wpływ tych wojen handlowych na polską gospodarkę. Czy rzeczywiście jest się czego obawiać, a może po prostu wszystko odczuje przeciętny Amerykanin, który więcej zapłaci za produkty w sklepie? Zapraszam!🧵↓
CHIŃSKA POTĘGA HANDLOWA
Stany Zjednoczone prawdopodobnie bezpowrotnie w ostatnim czasie straciły światowe pierwszeństwo w handlu międzynarodowym. Chiny idą po wszystko, w 2024 roku łączna wartość eksportu przekroczyła 3.58 bln dolarów. Dla porównania, Stany Zjednoczone wyeksportowały towary o łącznej wartości nieco ponad 2 bln dolarów w 2024 roku.
W 1995 roku wartość chińskiego eksportu dóbr wyniosła 0.15 bln dolarów, a w 2005 r. – 0.76 bln dolarów. Warto porównać to ze Stanami Zjednoczonymi, bo w 2005 roku wartość eksportu towarów Stanów Zjednoczonych wyniosła 0.90 bln dolarów. Gdzie dziś jest Ameryka, a gdzie Chiny. Chiny przejmują branżę po branży, zdominowali handel produktami związanymi z odnawialnymi źródłami energii, częścią elektroniki, długo by wymieniać, a jak tak dalej pójdzie, to i samochodami.
AMERYKAŃSKA GRA NA WYNISZCZENIE
Zasadniczą cechą Chińczyków jest wchodzenie „all-in” w poszczególne branże, które wybierze sobie władza. Następnie są one dotowane wręcz nieograniczonym strumieniem pieniędzy, rynek zalewa się stosunkowo tanim i dobrej jakości towarem. Przejmując kawałek po kawałku rynek, by potem mieć na nim wygodną pozycję.
Zauważyli to na pewno Amerykanie, którzy doszli prawdopodobnie do wniosku, że strata dla Chin tak dużego rynku, jakim są Stany Zjednoczone spowoduje, że Pekin zostanie z milionami niesprzedanych towarów leżących na magazynach. Plan może się średnio udać, biorąc pod uwagę historię Chin. "Wielki Skok Naprzód" za czasów Mao Zedonga kosztował życie według różnych szacunków pomiędzy 20 a 50 mln ludzi. Było to systemowe i narodowe poświęcenie w imię większej idei, której nie można było się sprzeciwić.
Nie wątpię, że ta narodowa i zarazem wymuszona skłonność do poświęceń jest zakodowana w mentalności Chińczyków. Naprawdę są w stanie dużo jako naród wytrzymać, zwłaszcza biorąc pod uwagę autorytarny sposób sprawowania władzy. Coś, co przejdzie w Chinach, nigdy nie przeszłoby w Europie.
PRAWDZIWA PRZESTRZEŃ DLA MIKROPRZEDSIĘBIORSTW (na przykładzie handlu paletami)
Pewna grupa społeczna powszechnie uznają mikroprzedsiębiorstwa za synonim niskich wynagrodzeń, „badziewia” i nieinnowacyjnego balastu, który najlepiej – jakby zniknął z powierzchni ziemi. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, w jakich warunkach muszą operować te firmy i jakie jest ich miejsce w szeregu.
Dzisiaj chciałbym poruszyć temat kompletnie pomijany przez ekonomistów i analityków życia gospodarczego. Niewiele osób rozumie przestrzenie, jakie są zarezerwowane dla tego typu działalności. Zastanawiałem się nad przykładem, który byłby dla wszystkich zrozumiały i myślę, że znalazłem idealny. Handel zwrotami konsumenckimi lub jak kto woli, towarem z palet.
Stanowi przykład, gdzie ryzyko przerzuca się na dół i można sobie elegancko robić politykę CSR, ESG czy inne podobne cuda. Zarazem przerzucając odpowiedzialność na „nieinnowacyjne badziewie”, które robi to, bo ma nadzieję, że zarobi jakieś lepsze pieniądze.
⬇🧵Zapraszam na nitkę, w której opiszemy sobie przestrzenie, w których muszą działać mikroprzedsiębiorstwa na przykładzie zwrotów konsumenckich.🧵⬇
SKALA ZWROTÓW KONSUMENCKICH
Skala zwrotów konsumenckich w Unii Europejskiej jest ogromna. Na rynek trafia mnóstwo śmieci, z którymi nie ma co robić. Gdyby nie zwroty konsumenckie, które są potem kupowane przez handlarzy detalicznych, to duże podmioty e-commerce miałyby jeszcze problem z ponownym użyciem przedmiotów (niska opłacalność) lub utylizacją.
Według badania Digitalverband Bitkom, średnio 11 proc. zakupów w Niemczech jest zwracanych. Inny raport, EHI Retail Institute szacuje, że średni koszt obsługi jednego zwrotu wynosi między 5 a 10 euro. Czyli, jeżeli towar jest o niskiej wartości to kompletnie nie ma sensu ponownie próbować go wdrażać do sprzedaży. Najgorzej wygląda to w przypadku ubrań, do sklepów wraca ok. 30 proc. produktów (!) w Niemczech. Według raportu PostNord E z 2020 roku, aż 49 proc. Niemców, którzy robili zakupy online, zwróciło minimum raz zakup w ciągu roku.
PRZESTRZEŃ DLA MIKRO
Problem zwrotów konsumenckich był w pewnym momencie tak duży, że wdrożono genialny z punktu widzenia dużych sieci e-commerce pomysł na zmniejszenie kosztów. Zaczęło pojawiać się coraz więcej podmiotów oferujących sprzedaż całych palet z towarem do mniejszych firm, które następnie sprzedawały je go handlarzy detalicznych.
Sieć e-commerce, która zostawała z setkami ton zbędnych odkurzaczy, mikserów, czy ciuchów mogła się pozbyć tego problemu i jeszcze ktoś za to zapłaci. W ten sposób stworzyła się przestrzeń dla mikroprzedsiębiorstw, które handlują potem na różnych portalach internetowych lub na żywo jakimiś blenderami, mikrofalami czy innym sprzętem, który ktoś inny zwrócił do sklepu.
Przestrzeń dla takiego mikroprzedsiębiorstwa (zazwyczaj prowadzi to jedna osoba albo członkowie rodziny) wygląda następująco. Kupuje on „w ciemno” paletę za np. 5 000 zł, gdzie nie do końca wie, co na niej będzie. Szacowana wartość nowych produktów to np. 20 000 zł, a na rynku wtórnym np. 12 000 zł.
Mikroprzedsiębiorca kupuje tanio towar i potem go upłynnia, ale bierze na siebie szereg różnych wyzwań, których nie podjęłaby się żadna normalnie funkcjonująca duża firma. Zaletą takiego mikroprzedsiębiorstwa jest to, że nie ma rozdmuchanych kosztów stałych, taniej upłynni towar, a do tego jeszcze będzie dziękować za możliwość pracy po 60 godzin w tygodniu, bo przecież jest „na swoim”.
PODRÓŻE – NOWY CEL ŻYCIA CZŁOWIEKA W ROWZINIĘTYCH KRAJACH
Podróże stały się wyznacznikiem statusu społecznego. Oznaczając w domyśle, że skoro nie jeździsz egzotyczne miejsca, to jesteś biedakiem. Zaczęły także zastępować cel życia, w przypadku osób, które nigdy nie założyły, a także nie planują założyć rodziny. Są prostym sposobem na znalezienie akceptacji.
Podobno nie wiesz, co to życie, bo nie pływałeś kajakiem przez Amazonkę, nie jadłeś robali w Wietnamie, a także nie widziałeś turkusowej wody na Malediwach. Poniższy felieton jest zbiorem dłuższych i luźniejszych przemyśleń, które rozpoczęły się kilka miesięcy temu.
🧵Zapraszam na nitkę, w której rozprawimy się z tematem podróży, jako substytutu życia rodzinnego, nowego wyznacznika statusu społecznego, tworzenia nowych potrzeb człowieka i tego, ile z tych wszystkich zdjęć z Instagrama jest prawdą. Zapraszam! 🧵⬇
„PATRZCIE JAK TU JEST PIĘKNIE!”
Nie widziałem jeszcze, aby ktoś starał się poruszać temat od tej strony. W domyśle jesteśmy zarzucani zdjęciami kolejnych pięknych miejsc, krystalicznej wody czy wyjątkowej architektury. Całość moich rozważań zaczęła się blisko pół roku temu.
W dosyć znanym turystycznym miejscu natrafiłem na naprawdę podły hotel. Moimi przyjaciółmi zostały karaluchy, które miały regularną wycieczkę wokół wanny. Sama wanna była w kolorze zębów sześćdziesięcioletniego palacza, a podłoga mogłaby zastąpić taśmę samoprzylepną.
Jedynym ładnym i w miarę zadbanym miejscem był kawałek basenu na zewnątrz z widokiem na lazurową wodę morską. Problem był taki, że występowały tam specyficzne prądy wodne. Jednie w godzinach 7.00-11.00 była szansa, aby wejść do wody, bo po godzinie 11.00 przychodził przypływ, a lazur zamieniał się w półsztormowe, mało przyjemne bagno.
Większość ludzi to widziała, więc wstawała na wakacjach o 7.00 rano, żeby załapać się na fragment ładnego morza. Wątpię, żeby się tym gdziekolwiek chwalili. W tym wszystkim jednego dnia na hotelowym basenie natrafiłem na parę z wielkim, dmuchanym różowym flamingiem i faceta, który spędził w wodzie dobre kilkadziesiąt minut, żeby zrobić idealne zdjęcie swojej wyobracane.
Wskakiwał do basenu, próbował od lewej, od prawej, od góry. Dosłownie w każdej pozycji, byle było widać kawałek tego pięknego (do godziny 11.00) morza i jedynego czystego miejsca w tym hotelu, jakim był basen. Potem to zdjęcie na pewno znalazło się gdzieś w Internecie, a koleżanki zazdrościły ujeżdżania księżniczkowego flaminga na basenie przy rajskiej plaży. Cała reszta nie ma znaczenia.
NIE WSZYSTKO WIDAĆ
Potem takie osoby nie opowiedzą Ci, że są miejsca, które są delikatnie mówiąc „średnio bezpieczne”. Jeżeli ktoś jeździ na własną rękę do części krajów Ameryki Południowej lub Środkowej, to wie o czym mówię. Według ambasady w Bogocie, w Kolumbii codziennie dochodzi do około 15 tysięcy napadów rabunkowych, często z użyciem broni palnej. Daje to zawrotną liczbę prawie 5.5 mln takich napadów rocznie (!). Czyli przynajmniej jeden na dziesięciu Kolumbijczyków jest raz w roku napadnięty. Turyści nie są niczym świętym, ich też się okrada.
Do zdecydowanej większości terenów Meksyku nie da się wjechać bez ryzyka utraty zdrowia lub życia. Pozostają bezpieczne miejsca na wycieczki, takie jak Cancún czy Chichén Itzá. Spróbuj zapuścić się sam do Juarez lub podobnych lokalizacji – powodzenia. Potem co odważniejszy chodzi z paszportem i telefonem schowanym gdzieś w trudno dostępnym miejscu lub siedzi na lokalnej plaży z obawą, że zaraz wyskoczy do niego kilkunastu muchachos z rękami albo w gorszym przypadku z giwerą.
W Meksyku popularna jest kradzież metodą na fałszywego policjanta. Oszuści, często ubrani w podrobione mundury lub pokazujący fałszywe odznaki, zatrzymują turystów lub lokalnych mieszkańców pod pretekstem „kontroli dokumentów” czy „podejrzenia przestępstwa”. Mogą zażądać okazania portfela, paszportu lub gotówki, a następnie, wykorzystując nieuwagę ofiary, zabierają wartościowe przedmioty.
Tego nie zobaczysz raczej na wyciecze z biura podróży i przewodnikiem. Zauważcie, że w części mniej bezpiecznych krajów nawet znani polscy Youtuberzy zabierają ze sobą lokalnych przewodników, aby zminimalizować ryzyko porwania lub kradzieży.
W wymuskanych relacjach z Instagrama nie ma namolnych naganiaczy na magnesy, dotykanie małp, jeżdżenie na wielbłądzie czy wciskanie ci co 45 sekund masaży na plaży. Zjawiska te są skrajnie irytujące, gdy nie można sobie posiedzieć w spokoju bez zaczepki. W niektórych krajach Arabskich i Azji bliżej Indii, powszechne jest ciągłe trąbienie na ciebie taksówek i do znudzenia powtarzane krzyki: „taxi!”.