CZY SYTY GŁODNEGO ZROZUMIE? CZYLI O DZIEDZICZENIU I „BIEDZIE”
Wraz z upływającym czasem będą w Polsce pogłębiać się różnice wynikające z dziedziczenia kapitału. Coraz więcej osób będzie rozumiało, jak coraz mniej będzie od nich zależało. Od ich pracowitości, zaangażowania, czy determinacji, a stan posiadania będzie determinować to, w jakiej rodzinie, kto się urodził.
Nierzadko mam wrażenie, że ludzie przyzwyczajeni do ciepłej wody w kranie stają się odrealnieni od rzeczywistości. Nie rozumieją Polaka wychowanego na blokowisku albo (co trudniejsze) na terenach po byłych Państwowych Gospodarstwach Rolnych, gdzie kiedyś szalało po 50 proc. bezrobocia. Mam także odczucie, że syty zaczyna coraz mniej rozumieć głodnego i ta nić nieporozumienia będzie jeszcze się pogłębiać.
Zapraszam na nitkę, w której porozmawiamy sobie o dziedziczeniu, różnicach z niego wynikających i pogłębiającego się podziału Polaków ze względów majątkowych. W ostatnim czasie coraz powszechniejszy w debacie publicznej staje się „podział klasowy” i nieporozumienia z tego wynikające.
⬇️Cały tekst poniżej! ⬇️
"NIE ZAPOMNIJ SKĄD TUTAJ PRZYBYŁEŚ, NIE ZAPOMNIJ, GDZIE SIĘ URODZIŁEŚ"
Jedną z barwniejszych postaci w ostatnim czasie był Pan doktor Marek Woch, który paradował z kluczem hydraulicznym i jawnie w przekazie medialnym mówił, że brodził w szambie. Dzisiaj jako nauk doktor nauk prawnych pamięta o swoim pochodzeniu i początkach. Zarazem obrazując losy wielu dzisiejszych 40-50 latków, którzy musieli radzić sobie w dużo w gorszych warunkach, niż teraz mają młodzi ludzie.
Nie ma co być dziadersem i mówić: "Panie, kiedyś to było". Jednakże Pan Marek pomimo słabego wyniku raczej zdobył sympatię społeczną. Jako facet, któremu się w miarę w życiu udało, wystartował w wyborach na prezydenta, a kilkanaście lat temu jeszcze był robotnikiem babrającym się w szambie. Jawi się on w przekazie dla normalnego człowieka, jako normalny gość, który nie jest bucem i pamięta skąd pochodzi.
Zapominamy niejako trochę o tym, czego doświadczyliśmy jako naród. Biorąc pod uwagę wyrzeczenia sprzed wielu lat. Bardzo widoczne jest to szczególnie w różnych utworach muzycznych z okresu transformacji ustrojowej i wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Szczególnie, gdy Polacy w poszukiwaniu lepszej przyszłości wyjeżdżali za chlebem do pracy. W tym przypadku przychodzi mi na myśl jeden dosyć znany utwór, którego fragment idealnie tutaj pasuje.
„Posłuchaj synu tato ci opowie
Jak na Jackowie stawiał pierwsze kroki
[…]Oto Ameryka droga otwarta
Gazeta w łapie na pracę polowanie
Wynajęte tanie byle jakie mieszkanie
[…] Telefony do domu godziny przegadane
Listy i zdjęcia oczy zapłakane trudne pytania
Ciągle te same jak mi tu jest wrócę czy zostanę
Nie zapomnij skąd tutaj przybyłem
Nie zapomnij gdzie się urodziłem
Bo w pamięci jest siła zaklęta
Więc pamiętaj synu mój.”
HISTORIA KOŁEM SIĘ TOCZY
Biorąc pod uwagę jak wielu Polaków ma podobną historię w swojej rodzinie, a także pamięta masę wyrzeczeń i powszechną biedę, to nie ma co się dziwić, że dosyć z dużym dystansem patrzy się na osoby z tak zwanych "dobrych rodzin". Stworzonych do najlepszych zawodów, zaprogramowanych od dziecka do realizacji "większych" celów.
Biorąc pod uwagę jak wielu Polaków ma smutną historię za sobą, raczej średnio patrzą na tych lepiej sytuowanych. Natomiast z drugiej strony mamy patrzenie tych "lepszych" na tych gorszych, którzy próbują ich zrozumieć. Oczywiście, wielu z nich potrafi, ale wielu niestety nie.
Problem rozumowania świata na tej płaszczyźnie polega na tym, że duża część osób z tych biedniejszych rodzin miała wpajaną przez lata pewnego rodzaju "biedę mentalną". Strasznie nie lubię tego określenia, bo jest ono mocno stygmatyzujące i najmocniej za nie przepraszam, ale kreuje ono rzeczywistość w duchu: „a na co ci to”, „a po co ci to”. Wyjście z takiego programu w głowie jest szalenie trudne i wymaga wiele pracy nad sobą. Potem przekłada się to na następne pokolenie, obniżoną pewność siebie itp.
„ŻYCIE JEST NIESPRAWIEDLIWE”
Wyobraź sobie, że jakiś dzieciak ma masę szczęścia. Jego dziadkowie byli sobie w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i dostali od państwa dom na warszawskim Mokotowie. Dom jest w rodzinie do dzisiaj. Potem okazuje się, że jest on na dzisiejsze czasy wart 10 mln złotych. Różnica majątkowa wynikająca z dziedziczenia tego domu jest tak duża, że nawet bardzo wzięty prawnik musiałby pracować na niego całe życie, aby wyrównać tą różnicę majątkową.
Nawet lekarz trzaskający etaty w dwóch szpitalach na raz miałby problem, aby w szybkim czasie zniwelować różnicę wynikającą tylko z posiadania jednego domu.
Ilu jest w Polsce milionerów tylko dlatego, bo odziedziczyli kilka hektarów pod Krakowem czy Wrocławiem? Zapewne kilku się znajdzie, to jest kompletnie nienadrabialne dla przeciętnego człowieka.
Nawet z pracą na samej górze łańcucha finansowego czy przy posiadaniu firmy zatrudniającej kilkanaście osób. Potem wchodzi taki 25-cio latek w życie i widzi. Jego kolega dostaje mieszkanie od rodziców, ufundowali mu oni kilka staży w ciekawych krajach, od przedszkolaka chodził na kilka języków, opłacili studia zagraniczne na jakiejś poważniejszej uczelni. Wchodzi w dorosłość jako wymuskany produkt klasy średniej, który nie musiał pracować po nocach w podrzędnych barach, aby opłacić pokój na pół z kolegą w akademiku. Znajomy mógł zbierać doświadczenie, podejmować się rozwojowych prac, kiedy ten drugi walczył o przetrwanie wyrzucając z lokalu podpitych Brytyjczyków o 4.00 rano.
Stąd też narastać będzie poczucie niesprawiedliwości społecznej, że wszystko to nie ma sensu i młodzi ludzie to widzą. Dlatego też przestają wierzyć w mity, że od ciężkiej pracy będą jeździć samochodami za pół miliona i mieć lepszą perspektywę niż spłacanie dwupokojowej klitki w dużym mieście do swojej emerytury.
TEMATYKA NIERÓWNOŚCI SPOŁECZNYCH
Za każdym razem jest tak samo. Poznajesz jakiegoś doktora ekonomii chwilę po trzydziestce i z ciekawości pytasz się, jaka jest tematyka, którą się zajmuje. Nie znam ekonomisty badającego temat nierówności społecznych, który nie byłby lewicowy. Po prostu każdy, nie może być innej tematyki, zawsze ta sama i zawsze podobne wnioski. Opodatkować bogatych, budować mieszkania społeczne i rozdać biednym to, co się zbierze z podatków lub wyniknie z ekspansywnej polityki fiskalnej i monetarnej.
Nierówności majątkowe są w Polsce większe niż dochodowe. Najbogatsi gromadzą coraz większy udział majątku. Rośnie też co roku liczba osób żyjących w ubóstwie, a około 10 proc. najbogatszych obywateli uzyskuje około 38 proc. całkowitego dochodu narodowego. Ogólnie, to w każdej dojrzałej gospodarce rynkowej jest prawie tak samo. Kumulacja kapitału wynikająca z dziedziczenia powiększa dysproporcje społeczne. Ponadto trudno je wyrównać własnym biznesem „od zera”, bo tworzy się bariery, żeby "byle frajer z ulicy” nie mógł być konkurencją.
OPODATKOWANIE MAJĄTKU JAKO „RECEPTA” NA NIERÓWNOŚCI SPOŁECZNE
Podatki majątkowe nie działają w celu wyrównania szans. Doskonałym przykładem jest Szwecja, która się z niego wycofała w 2007 roku. W końcowych latach obowiązywania stawka wynosiła 1,5% wartości majątku powyżej 1,5 mln SEK (ok. 600 000 PLN) dla osób samotnych i 3 mln SEK dla małżeństw. Doprowadziło to do tego, że część zamożnych osób zdecydowała się na emigrację do krajów o niższych obciążeniach podatkowych.
Chociażby Ingvar Kamprad, (założyciel IKEA) w latach 70. przeniósł się do Szwajcarii, częściowo z powodów podatkowych. Wrócił on do Szwecji w 2013 roku, kiedy zniesiono podatek majątkowy. Najbogatsi zawsze sobie poradzą, przeniosą główne miejsce rozliczenia do lepszego pod względem podatkowym kraju, a płaci za to klasa średnia, która pracując w dobrych zawodach nie przeniesie swojej rezydencji podatkowej do Luksemburga.
Opodatkowanie nieruchomości podatkiem katastralnym w hiszpańskim Madrycie nie rozwiązało problemów mieszkaniowych. W Norwegii podwyżka podatku majątkowego w 2022 roku (z 0,85% do 1,1%) doprowadziła do znaczącej emigracji najbogatszych. Szacuje się, że aż 25% z 400 największych podatników opuściło Norwegię, zabierając ze sobą majątek wart ok. 54 mld USD. Opodatkowanie majątku najbogatszych nie działa, nie wyrównuje szans społecznych.
ILE MOŻNA ZROBIĆ W JEDNO POKOLENIE?
Prawie każda dojrzała gospodarka kapitalistyczna charakteryzuje się kurczącym polem manewru do zakładania działalności gospodarczych. Ogólnie w Polsce podzieliłbym to na okresy, kiedy można było płynąć z falą:
🫱 Pierwszy ok. 1989 - 2000 rok. Początek transformacji ustrojowej. Nic nie było, wszystko potrzeba. Lepszych pieniędzy można było dorobić się nawet na prostym handlu. W takich warunkach jest przestrzeń do działania i budowania firm, które w długim terminie stają się dużymi, ale pozwoliło im na to otoczenie, w którym zaczynało.
🫱 Drugi, ok. 2001-2010 rok, początek transformacji cyfrowej w Polsce, wraz z upowszechnieniem się Internetu. Powstawały firmy handlujące w Internecie, portale internetowe, aukcyjne i wszystko, co podobne. Zauważcie, że większe firmy cyfrowe w Polsce powstawały głównie w tym okresie.
🫱 Trzeci, rozwój sztucznej inteligencji (od 2022 do teraz). Znowu da się zrobić coś z niczego i małym kapitałem, a zarazem płynąć z falą.
Do tego można dorzucić jeszcze transformację energetyczną w ostatnich latach, ale w tym przypadku potrzeba już trochę kapitału. Obecnie jeżeli nie płynie się z falą, to trudno jest w jedno pokolenie zrobić naprawdę dużą firmę, bo rynek jest coraz bardziej betonowany. Uwielbiam, gdy zarzuca się Polsce niewielką liczbę polskich, dużych marek, ale mam pytanie, jak chcemy to zrobić szybko?
Wśród 100 największych firm w Europie będących w posiadaniu prywatnego kapitału, nie ma prawie żadnej, która powstała w ciągu ostatnich 25 lat. Tradycja większości z nich lub rodowód sięga czasów do połowy XX wieku. Są też starsze, mające tradycje sięgające XIX wieku i jest to bodajże koło 25 proc. Rozumiecie?
Ktoś 100 lat kumuluje doświadczenie, kapitał i know how, a trzeba konkurować z kimś startując od zera. Polskie duże marki z kapitałem prywatnym na skalę światową będą, tylko potrzeba na to czasu, bo jedno pokolenie zbudowało fundamenty. Wprowadzanie dużego opodatkowania bogatych w tym momencie to głupota, bo kiedy najwięksi polscy przedsiębiorcy dobili się do kapitału, to ktoś by im to zabrał. Kiedy właśnie o to najtrudniej. Nie tędy droga.
JEDNO POKOLENIE – JEDEN PRZESKOK „KLASOWY”
Dlatego trudno jest przeskoczyć o dwie klasy wyżej, jeżeli gospodarka jest już ustabilizowana. Syn sklepowej i magazyniera ma szansę zostać dobrze opłacanym prawnikiem lub lekarzem, przez co będzie w klasie średniej, ale ma trudno, aby zbudować firmę, która będzie przynosiła setki tysięcy złotych zysku rocznie. Było możliwe, ale 20 lat temu lub teraz jedynie, jeżeli się „płynie z falą”.
Dopiero dzieci tego lekarza i prawniczki będą miały szansę na zbudowanie czegoś większego, bo będą mieli zabezpieczony byt, majątek oraz kapitał, żeby coś zrobić i pozwolić sobie na brak dochodów przez kilka lat. Jedno pokolenie, jeden przeskok – chyba, że ktoś ma naprawdę dużo szczęścia.
ODREALNIENIE I RÓŻNICE SPOŁECZNE
Problem jest taki, że osoby, które od dziecka miały najlepsze szkoły, stary woził je na milion zajęć dodatkowych, a jeżeli u dziecka się pojawiał przejaw jakiejkolwiek pasji, to po prostu to kupował – zaczyna nie rozumieć tych biedniejszych. „Pieniądze to się zawsze znajdą” – nie znoszę tego określenia.
Proszę to wytłumaczyć czteroosobowej rodzinie z minimalną krajową, która musi zapłacić 2000 zł miesięcznie za ogrzanie domu zimą. Znajdą się, bo możesz zadzwonić do rodzica, który Ci pomoże. Wcześniej cię woził na godzinne lekcje pianina, które kosztowały dniówkę pracownika fizycznego.
Potem słyszysz jak 19-sto letnia dziewczyna z Krakowa zdobywa Mount Everest. Czy szansę na to ma córka motorniczego z Wrocławia? Oczywiście, że nie, bo na sam start potrzeba ok. 200 000 zł. Mówiłem, pewnych różnic się nigdy nie wyrówna.
Istnieje trochę badań, które wskazują, że młodzi ludzie, którzy są z bogatszych domów częściej mają poglądy lewicowe. Choć jak np. twierdzi Thomas Piketty, głównie przejawia się to w warstwie światopoglądowej, a nie gospodarczej. Moim zdaniem mają dlatego, bo chcą w ten sposób pokazać swoją troskę i współczucie o drugiego człowieka, który jest biedny, ale często go kompletnie nie rozumieją. Niejako w ten sposób trochę czyszcząc swoje sumienie.
KONFLIKT BIEDNY-BOGATY
Wyobraź sobie tylko jedną różnicę majątkową. Jakieś małżeństwo dostało od swoich rodziców mieszkanie, drugie musiało wziąć kredyt. Przykładowo jedna rata to 2500 zł miesięcznie, w dziesięć lat jest to 250 000 zł. Nadrób to normalną pracą, powodzenia.
Konflikt między tymi „co mają”, a nie mają będzie narastał, bo będą rosnąc różnice majątkowe, tak jest prawie wszędzie, jak wspomniałem wcześniej. Z drugiej strony mamy swoistą gloryfikację biedy. Czyjś sukces finansowy lub społeczny jest solą w oku w naszym rozumowaniu świata. Nie doceniamy osób, którym się coś udało, tylko gloryfikujemy tych mających najgorzej.
Bardziej szacunek budzi gość mieszkający w rozpadającej się chacie, który przesiedział pół życia przed telewizorem, niż lokalny prywaciarz zatrudniający 20 osób lub prawnik kasujący 500 zł za godzinę konsultacji. 500 zł za godzinę konsultacji, co za złodziejstwo!
Tylko nikt nie widzi, że taki prawnik musiał skończyć pięć lat studiów, trzy lata aplikacji (kosztowej zresztą), a w międzyczasie tyrać po 12 godzin dziennie na swój obecny status społeczny. Opodatkować krwiopijcę, bo mu się chciało! Natomiast coraz większa część bogatszych z urodzenia będzie żyła w swoim świecie i nie rozumiała kogoś, kto po prostu jest z biedniejszego domu.
PODSUMOWANIE
Zmierzając już powoli do końca tego nieco przydługiego i chaotycznego wpis, to zamiast narzekać, przydałoby się pomyśleć nad rozwiązaniem, którego za bardzo nie ma. Rzeczywiście różnice majątkowe i tak będą rosły i nie da się za wiele z tym zrobić, ewentualnie można to trochę spowolnić. Przykłady podatków majątkowych pokazują, że one nie działają i nie przynoszą „wyrównania szans”, tylko zazwyczaj odpływ kapitału.
Znaczące zwiększenie świadczeń społecznych jest wodą na młyn dla firm z odpowiednią skalą, żeby zwiększać sprzedaż swoich produktów i usług, a nie wyrównuje w praktyce różnic majątkowych. Bardziej te programy trzeba rozpatrywać w zakresie stymulacji wzrostu PKB, a nie rzeczywistego poprawienia różnicy między bogatymi, a biednymi.
Myślę, że wraz z upływającym czasem i coraz większymi różnicami majątkowymi w Polsce konflikt pomiędzy bogatymi, a biednymi będzie się nawarstwiał. Biorąc pod uwagę, ilu z nas się wychowało na ponurych blokowiskach lub doświadczyło pracy członka pracy za granicą. Jako naród nie lubimy bucowatości ludzi z bogatych domów. Będzie to coraz bardziej widoczne. Chcąc odpowiedzieć na pytanie czy syty głodnego zrozumie, raczej trudno znaleźć dobrą odpowiedź.
• • •
Missing some Tweet in this thread? You can try to
force a refresh
POLSKA TO PRAWIE NAJLEPSZY KRAJ DO ŻYCIA NA ŚWIECIE
Za każdym razem, kiedy jestem na lotnisku Fryderyka Chopina w Warszawie i widzę napis „Poland. More Than You Expected” to mnie coś trafia. „Polska. Więcej niż oczekujesz”. „Polska. Więcej niż się spodziewasz”. Sprowadza nas to do roli kraju, gdzie po ulicach biegają renifery, rdzenni mieszkańcy mieszkają w ziemiankach, a w ogóle, to chcemy się przypodobać, bo: „Patrzcie, u nas nie jest tak źle!”.
No dobra, jakbym się musiał na siłę przyczepić, to naszym największym minusem jest pogoda. Gdyby wyrzucić okres od listopada do końca lutego, to naprawdę nie ma tylu podstaw do narzekania. Dzisiaj dla odmiany coś pozytywnego.
„7 powodów dlaczego Polska to prawie najlepszy kraj do życia na świecie”.
Jedziemy z całym tekstem poniżej.⬇️
BEZPIECZEŃSTWO
Młodsi mogą nie pamiętać, ale w Polce były dzielnice, jak to śpiewał Krzysztof Grabowski w „Piła Tango”, że:
„Karawan z Holandii on przyjechał tutaj wreszcie
Są już Kula Czarny Dusioł słychać strzały na mieście
Znam jednak takie miejsca gdzie jest lepiej chodzić z nożem”
Naprawdę w niektórych dzielnicach Poznania, Warszawy czy Krakowa lepiej było się nie pokazywać po zmroku, bo było to gwarancją spotkania chłopaków w szelestach pytającymi wdzięcznie o twoje samopoczucie: „Czy masz jakiś problem?”. Często jego rozwiązaniem było zabranie ci portfela, abyś nie musiał bez sensu go dźwigać w kieszeni. Dziś prawie tego nie ma.
Na tle innych krajów Unii Europejskiej naprawdę wypadamy bardzo dobrze. Polska jest w ścisłej czołówce jeżeli chodzi o małą liczbę przestępstw. Jeden z najniższych współczynników zabójstw w Unii Europejskiej. W rankingu: „Crime Index by Country 2026” mamy 122 pozycję na 150 badanych krajów świata. Do tego mamy praktycznie najniższy współczynnik przestępstw seksualnych w całej Europie. Do niedawna nie było u nas w historii najnowszej ani jednego zamachu terrorystycznego.
INFRASTRUKTURA DROGOWA
Jakby ktoś powiedział 20 lat temu, że obecnie ktoś może powiedzieć „uwielbiam polskie drogi”, to by się pięć razy zastanowił nad tym stwierdzeniem. Naprawdę nie mamy się czego wstydzić. Mamy drogi ekspresowe i autostrady na najwyższym poziomie. Oświetlone zjazdy, mało kolizyjne serpentyny. Owszem, są takie fragmenty jak A1 pod Katowicami, gdzie mamy do czynienia z karbowaną autostradą i nie raz bym tam stracił koło, ale ogólnie – naprawdę jest pod tym względem super.
Oczywiście są także czarne dziury, gdzie brakuje dróg ekspresowych (np. Bielsko-Biała – Kraków), czy cała droga nr. 10 ze Szczecina do Warszawy, ale jazda polską drogą ekspresową to przyjemność. Prawie zawsze czyste toalety, dobrze wyposażone MOP, na większych stacjach Orlenu dobra oferta gastronomiczna z obiadami. Jeszcze potrzeba kilka lat, gdy zostanie dokończona reszta dróg, to będzie idealnie.
Dla narzekaczy na polskie drogi polecam wybrać się do Rumunii i zobaczyć, w jakim czasie jedzie się 300 km. Moja ulubiona trasa to Satu Mare – Suczawa, prawie 7 godzin jazdy, 380 km. Trochę tak, jak kiedyś jeździło się krajową „siódemką” nad morze w Polsce 20 lat temu – to była katastrofa. Teraz dwa razy mniej.
Nawet nasze drogi wojewódzkie są zazwyczaj w dobrym stanie. Nie znajdziesz tam wielu „dziur niespodzianek” bez łaty, gdzie masz wahacz z automatu do zrobienia. Polskie drogi nie odstają od zachodu, mało tego. Uważam, że w wielu przypadkach są dużo lepszej jakości niż te Zachodnie. Zwłaszcza, jeżeli chodzi o oznaczenia i zjazdy.
Jednak co w tym wszystkim jest najważniejsze, to Polska rzeczywiście wyróżnia się w Unii Europejskiej pod względem bardzo szybkiego udrażniania dróg po kolizjach i wypadkach – zwłaszcza na autostradach i drogach ekspresowych. Średni czas w Polsce to 30-60 minut, w Niemczech trwa to trzy-cztery razy tyle. Najgorzej pod tym względem chyba jest we Włoszech. Tam drobna kolizja na autostradzie to kilka godzin wyjętych z życia na czekaniu w sprawie udrożnienia drogi.
Przez Polskę przetacza się armagedon demograficzny. Eksperci zachodzą w głowę od pomysłów na poprawę dzietności. Więcej żłobków! Więcej Przedszkoli! Więcej mieszkań! Więcej wszystkiego! Dziś chciałbym wrócić do was z jedną z waszych ulubionych serii.
Zacznę klasycznie od statystyki pokazującej obraz sytuacji. Obecnie w Warszawie jest ponad 2000 nieobsadzonych miejsc w przedszkolach publicznych. Jeszcze kilkanaście lat temu dla miejsca dziecka w przedszkolu ludzie żyli w konkubinacie, aby tylko wykazać samotną matkę i zdobyć miejsce w przedszkolu. W 2017 roku w Warszawie urodziło się niemal 19,5 tys. dzieci. W 2024 roku było to już tylko niespełna 12 tys. Placówki oświatowe tną miejsca i grupy, bo nie ma dzieci.
Dlatego w tej niezwykle skomplikowanej i bardzo rzeczowej analizie zastanowimy się: „Dlaczego w Polsce nie będzie rodzić się więcej dzieci?". Badacz wzniósł się na wyżyny zdolności analitycznych, doceńmy jego pracę.
POLACY DO KLEPANIA PALET, A NIE ROBIENIA TECHNOLOGII
W ubiegłym tygodniu odbyła się debata Mateusza Morawieckiego ze Sławomirem Mentzenem, w której padło stwierdzenie, które chyba przejdzie na stałe w ramach śmieszków do debaty publicznej: „Nie ma sensu próbować być na siłę innowacyjnym, bo podejmowanie innowacji to jest ryzyko. Na tym się zwykle traci pieniądze”.
Przez kilka dni po tym robiono sobie żarty w Internecie, że przejście na trójpolówkę w rolnictwie w czasach średniowiecza byłoby już zbyt dużą innowacją dla księgowego z Torunia. Problem jest taki, że on częściowo ma rację. Nie tyle, co w odniesieniu do trójpolówki, a co do motywacji kierującej firmami do innowacji.
Kiedyś jeden z moich kolegów stwierdził, że: „W Polsce nie ma co za bardzo kombinować, tworzyć niczego ambitnego. Trzeba być jak handlarz samochodami na giełdzie w Słomczynie w 2001 roku. Taniej kupić, drożej sprzedać”.
Kiedy w XIX wieku Ignacy Łukasiewicz miał szansę zostać polskim Rockefellerem, to na pewno słyszał od swojego środowiska: „Ignaś, a na co ci to przetwarzanie ropy. Maszą tą aptekę, pewny biznes na niepewne czasy, po co kombinować”.
Wyjdę z kontrowersyjną teorią, że od ponad 100 lat (prawie) nic się nie zmieniło. Robienie innowacji jest szalenie trudne, potrzeba do tego kontenerów kapitału, a i tak nie ma się żadnej pewności, że cokolwiek się zwróci. Poza tym mamy pewne ograniczenia wynikające trochę z naszej kultury.
Zapraszam na nieco dłuższy felieton, w którym to wytłumaczę. Całość poniżej! 👇
PRZYKŁAD BLIKA
Gdybyś przyjrzał się fundamentom innowacji w Polsce, które osiągnęły sukces, to da się znaleźć pewną prawidłowość. Wielokrotnie piszę się o BLIKu, jako naszej jednej z flagowych innowacji. Owszem, do niedawna część mieszkańców innych krajów nie rozumiała, że jak to tak w sekundę można komuś wysłać pieniądze na telefon, a my mamy to powszechne u nas – w Polsce.
Jednakże niewielu analityków sukcesu BLIK’a na naszym krajowym podwórku rozumie, dlaczego mógł on w ogóle powstać. Wyróżniłbym tutaj dwa fundamenty. Pierwszy, sam BLIK powstał z inicjatywy kilku banków, które są wręcz naszpikowane kapitałem.
Drugi, jego późniejsze wdrożenie i szeroko rozumiana sprzedaż. Kiedy jesteś bankami i tworzysz produkt, który sam możesz kupić i zaimplementować do własnych aplikacji, to nie bujasz się pięć lat z handlowcem, który dzwoni błagalnie sto razy w roku do dyrektorki zakupów w centrali banku, aby umówić spotkanie. W przypadku BLIK’a masz z góry załatwioną dystrybucję innowacji, to są bardzo komfortowe warunki działania.
ZNALEZIENIE FINANSOWANIA WE WCZESNYM ETAPIE
Nie ma u nas kultury inwestowania w startupy technologiczne. W zasadzie ten wątek prawie nie istnieje. Jednak jeżeli już występuje, to ich finansowanie ogranicza się do pierwszej fazy, tzw. „seed”. Zebranie wtedy przez grupę entuzjastów na jakąś innowację 3 czy 4 mln złotych czasem się zdarza, ale to są drobniaki w skali tworzeniu innowacyjnych firm. Trudno zbudować w ten sposób coś długoterminowo, bo po prostu trzeba z czegoś żyć.
Amazon był nierentowny przez prawie 10 lat od założenia w 1994 r., notując zyski dopiero po 2003 roku. Tesla przez wiele lat generowała straty; dopiero w 2020 roku spółka osiągnęła roczny zysk netto, po niemal dwóch dekadach działalności. Spotify przez lata pozostawał na minusie, a jego model subskrypcyjny wymagał ciągłego finansowania od inwestorów, zanim firma zaczęła zbliżać się do rentowności.
Przejrzyjcie sobie sprawozdania finansowe polskich firm technologicznych, które mają mniej niż 5 lat. Prawie zawsze będzie tam strata, i to nie dlatego, że prezes „wrzuca w koszty” karmę dla psa broniącego biura, tylko naprawdę szalenie trudno przy technologii wyjść na plus w pierwszych pięciu latach działalności. To nie jest buda z kebabem do cholery, taniej kupić, drożej sprzedać.
Unia Europejska coraz bardziej przypomina Związek Radziecki z lat osiemdziesiątych. Duży, ponury kolos, który nie jest zdolny do sprawnego zarządzania państwem, a do tego popełniający zauważalne błędy gospodarcze. W chwili obecnej w Unii Europejskiej zarejestrowanych jest ok. 50 tysięcy (!) lobbystów. Błogosławieni Ci z wiarą, że funkcjonują oni tam sobie dla naszego dobra.
W zasadzie każde następne oddanie części suwerenności przez państwa członkowskie prowadzi do coraz to nowych afer wewnątrz wspólnoty. Jeżeli Katar mógł sobie kupić wygodne dla siebie prawo w Unii Europejskiej, to trzeba być człowiekiem pełnym nadziei, że w innych przypadkach tak nie będzie. Naprawdę, przyjrzyjcie sobie listę afer we wspólnocie, dziwnym trafem rośnie ona wraz ze wzrostem jej kompetencji, serio.
Jeszcze ciekawsi są ludzie, którzy myślą, że rozszerzenie Unii Europejskiej o Polskę, to było z takiej dziejowej troski o dobro naszego narodu. Przecież historycznie jako mesjasze Europy zrobiliśmy tyle dobrego, i tyle razy nas zrobiono bez mydła, że coś nam się należy.
Błąd, byliśmy potrzebni w układance biznesowej. Daliśmy prawie 40 milionowy rynek zbytu, tanie ręce do roboty na Zachód, a do tego stworzyliśmy wzorowy system gospodarczy wręcz skrojony dla kapitału zagranicznego. Trudno było znaleźć od ręki lepszy kraj z (wtedy) stosunkowo młodym społeczeństwem, którego nie trzeba było uczyć podstawowej organizacji pracy i działania w ramach konkretnych schematów.
Staliśmy się wzorcową kolonią gospodarczą, prymusem w wierno-poddańczym systemie z pogranicza feudalizmu. W dzisiejszym felietonie jedziemy naprawdę ostro, bez owijania w bawełnę i wymuszonej grzeczności.
Zapraszam na tekst, którego raczej nie powinienem publikować. Całość poniżej ⬇️
"PRZYJACIELE" ZE WSPÓLNOTY
Zaczniemy od ciekawostki, żeby dobrze zrozumieć, o co mi chodzi. W latach dziewięćdziesiątych, a także wcześniej - Niemcy miały ogromny problem z przewartościowaniem swojej waluty. Niemiecka marka w pewnym momencie miała udział nawet w jednej piątej światowych rezerw walutowych. Odwiecznym problemem Niemiec było utrzymanie opłacalności eksportu, a ich konkurenci w Europie na luzaku obniżali wartości swoich walut, aby być konkurencyjnymi względem Niemiec. Ktoś w końcu stwierdził, że tak być nie może i wymyślił sobie wspólną walutę - euro.
Kiedy utworzono wspólny obszar walutowy, to dziwnym trafem w Niemczech wydarzyły się dwie, bardzo ciekawe rzeczy. Po pierwsze, narastała presją polityczna na rozszerzenie Unii Europejskiej o kraje byłego bloku wschodniego. Po drugie, na początku XXI wieku w Niemczech bardzo uelastyczniono rynek pracy, tworząc system wręcz skrojony do masowego ściągania Polaków, Słowaków czy innych Czechów, znacząco obniżając koszty pracy dla niemieckich przedsiębiorstw.
W tym samym czasie kraje "Strefy Euro", które dały się wciągnąć w europejską walutę i straciły możliwość konkurowania kursem walut, więc istotnym czynnikiem poza automatyzacją czy energią, były koszty pracy. Niemcy pozbyły się upierdliwych Włochów, a do tego otworzyły się na masowy import Polaków na uelastycznionym rynku pracy, tworząc dobre warunki do realizacji planu hegemona światowej produkcji przemysłowej. Czy myślicie, że ktoś to zrobił przypadkiem, na przysłowiową "pałę" i bez przemyślenia?
W POSZUKIWANIU DOBREJ MONTOWNI
Kiedy w latach osiemdziesiątych przyjechał Amerykanin z Francuzem do Chin, to zakładam, że jednym z pierwszych słów Francuza było: "oh mon Dieu, to będzie świetne miejsce na produkcję". Nie dość, że centralnie sterowane społeczeństwo wytresowane po "Wielkim Skoku" Mao Zedonga z lat 1958-1962, to jeszcze z tradycją i kulturą pracy, sięgającą czasów dynastii przed naszą erą.
Nie musisz kogoś uczyć życia w organizacji, posiada ogromny szacunek do pracy i wstyd mu być powolnym. Wszystko to jeszcze za przysłowiową "miskę ryżu". Dziś ta miska ryżu zmieniła się diametralnie, ale nie chciałem o tym. Zasadniczym błędem było oddanie Chinom technologii, które kładły ogromny nacisk na badania i rozwój. Szybko się przejechali na tym niemieccy producenci paneli fotowoltaicznych, w zaledwie dekadę od wyniesienia produkcji do Chin, chińskie firmy zrobiły lepsze i tańsze panele, a do tego wytyczyły nowe standardy na dużych farmach fotowoltaicznych.
Wyobraź sobie teraz, że jesteś prezesem dużego koncernu. Zaczynasz zdawać sobie sprawę, że jednak ta produkcja w Chinach to nie jest taki dobry pomysł, do tego jest jeszcze daleko, towar musi pływać ogromnymi statkami, a Chińczyk jeden z drugim nie ma oporów, żeby robić konkurencyjny biznes. Zaczynasz myśleć o alternatywach i ją znajdujesz, jest pod ręką, zaraz za wschodnią granicą. Tak, to my.
DLACZEGO NIEKTÓRYM PRZEDSIĘBIORCOM OPŁACA SIĘ BYĆ LEWICOWYM?
W wyobraźni wielu ludzi przedsiębiorca musi wierzyć i kochać w wolny rynek. Przedstawia się go jako korwinistycznego marzyciela z imperium praróweczkowym albo jako krwiożerczego Janusza, który pogania batem swoich chłopów. W każdym razie trudno zwizualizować sobie właściciela firmy jako miłośnika lewicowej myśli gospodarczej.
Paradoksalnie im ma się większy biznes, tym lepiej, gdy jest więcej regulacji. Im ma się większą marżę i skalę, tym bardziej chciałoby się 4 dniowego tygodnia pracy. Im bardziej masz skorelowaną działalność z klientem indywidualnym, tym lepiej, aby zwiększać ilość zasiłków socjalnych. Im bliżej jesteś szczytu, tym bardziej chcesz funkcjonować w systemie dotacyjnym, bo potrafisz z tego korzystać.
W Polsce wzmożona polityka socjalna nie pomogła zniwelować różnić majątkowych. Programy społeczne wspierają bogatych, a nie biednych. Pięciu najbogatszych Szwedów ma tyle pieniędzy, co pięć milionów innych obywateli. W Belgii, jeden na ośmiu mieszkańców zmaga się z ubóstwem, rosną nierówności społeczne we Francji, i to wszystko w zamożnych krajach Europy Zachodniej z bogatą ofertą społeczną.
🧵⬇️Zapraszam na wątek, w którym opiszemy sobie, dlaczego niektórym firmom po prostu opłaca się być lewicowym. Zapraszam na całość poniżej!⬇️🧵
WIECEJ PIENIĘDZY U LUDZI TO WIĘKSZE ZYSKI
Na początku czerwca uruchomiono drugą edycję programu „Podlaski Bon Turystyczny”. W zaledwie dwie i pól minuty wszystkie zniknęły. Kwota nie była szalenie wysoka, bo można było dostać dofinansowanie na nocleg do 400 zł dla turysty, który planował zwiedzać Województwo Podlaskie. Myślisz, że ten rodzaj „rozdawnictwa” przeszkadza tamtejszym hotelarzom i właścicielom agroturystyki? Niekoniecznie, choć zapewne duża część z nich krytykowała inne programy społeczne.
Już jakiś czas temu słuchałem audycji w radiu, w której jakiś przedstawiciel organizacji zrzeszającej obiekty turystyczne sugerował, że wspaniale byłoby wrócić do „Bonu Turystycznego”, bo szalenie napędził on napływ turystów w regionie. Zaznaczam, mówimy tu o osobach, które w domyśle powinny kochać wolny rynek (mali przedsiębiorcy), a w ich interesie jednak byłby dotacje i ktoś chce ich wprowadzenia.
W kwietniu 2016 roku wprowadzono program „500+”. Program, który miał pomóc w dzietności, a pomógł w kreacji popytu. Prawda jest taka, że programy socjalne takie jak „500+” powinno się rozpatrywać w kategoriach popytowych, a nie demograficznych. Liczby? Proszę bardzo. Według raportu PARP, sektor MŚP odnotował poprawę sytuacji finansowej w porównaniu do 2013 roku. Wskaźnik rentowności obrotu brutto dla MŚP wzrósł do 6,6% w 2016 roku. Do tego za 2017 rok wystąpiła dalsza poprawa rentowności. Wskaźnik rentowności obrotu brutto dla MŚP wzrósł do 7,1%.
Szczególnie widoczne było to w branży motoryzacyjnej. Jeżeli komuś coś stukało w kole, to sobie jeździł, bo szkoda mu było pieniędzy. Kiedy otrzymał pieniądze, to zaczął coś wymieniać. Polecam przejrzeć wyniki firm związanych np. z handlem częściami samochodowymi po 2015 roku i do czego doprowadziło zwiększenie ilości pieniądza w obiegu. Jednakże pomimo „troski o obywatela” w Polsce od 2015 roku wzrosła liczba osób żyjących w skrajnym ubóstwie, mało tego, rosną też nierówności społeczne. No, ale jak to, przecież pomogliśmy najbiedniejszym? Jak to coś nie działa?
TWORZYĆ BARIERY REGULACYJNE
Problem jest taki, że na publiczną redystrybucję środków pośrednio może załapać się prawie każda firma. Dlatego próbuje się doprowadzić do sytuacji, w której zawęża się grono potencjalnych beneficjentów. Im większy ktoś ma biznes, tym bardziej zaczyna mu to przeszkadzać. Dla hotelarza upierdliwą konkurencją są drobni ciułacze, co mają mieszkanie lub dwa na wynajem krótkoterminowy. Podobnie dla autoryzowanych sieci naprawy samochodów problemem są wiejscy mechanicy (stąd np. są unijne pomysły na większą regulację tego rynku).
Zaczyna się regulować rynek i tworzyć bariery, aby na tej redystrybucji zarobił ten, co powinien. Najczęściej pod hasłami o bezpieczeństwie i odpowiedzialności. W praktyce, chodzi o to, żeby pozbyć się frajerów z rynku, którzy zgarniają jakąś część z tortu. Kiedy to już jest niewystarczające, to wprost zakazuje się konkretnych rozwiązań lub wymaga dodatkowych zezwoleń lub licencji. Spróbuj np. teraz wejść w biznes związany z odpadami – powodzenia. Kto zrobił to 20 lat temu, to obecnie ma elegancką, rynkową betonozę.
Im bardziej kurczy się dużym firmom przestrzeń do wzrostu, tym mniej się chce zostawić przestrzeni dla nowych przedsiębiorstw. Wszystko to w atmosferze „odpowiedzialności społecznej”.
Niedawno pojawiło się w końcu porządne badanie dotyczące dzietności. Według sondażu IBRIS dla Onetu, poniżej główne powody, dla których nie Polacy nie chcą mieć dzieci wyglądają następująco:
👉 62% boi się, ze dziecko obniży jego poziom życia
👉 62% obawia się sytuacji na świecie (wojna, pandemia, kryzysy)
👉 57% nie lubi dzieci
Można stawać na głowie, rozdawać mieszkania, zapewniać szklarniowe warunki, a i tak tylko w niewielkim stopniu powiększyłoby to dzietność. Musimy się pogodzić z faktem, że wyginiemy jako naród.
Chciałbym Was dzisiaj zaprosić na bardzo nietypowy wątek, dlaczego w Polsce nie będzie więcej dzieci.